Blog > Komentarze do wpisu

KOCHANA DANUSIA, WARKOCZE I TAJEMNICA

Ciocia Danusia to była (i jest nadal choć ciutek sterana wiekiem) człowiek-instytucja. Miała wiele zdumiewających zalet oraz, co tu kryć, wariatka z niej rekordowa. Pognałam w pragnieniu zdobycia praktycznej wiedzy, a przy okazji chciałam ja wypchnąć do ciotki Eli w celach wywiadowczych. Danusia do tego nadawała się znakomicie. 
Warkocze rozczarowały mnie potwornie! Cała z nimi sztuka wręcz była za łatwa, spodziewałam się większych ewolucji. Jak się okazało umiała ona warkocze prawoskrętne, sama odbadałam, że mogą być i lewoskrętne. Na bazie tej wiedzy już nie straszne mi były inne przeplatanki, bo to kamień milowy w moim dzianiu był.
Nadal jednak tajemnicą pozostawały ażurki, w których zupełnie się nie odnajdywałam, a dziurki mi powstawały w miejscach na to nie przeznaczonych. 
- Na to nic ci nie poradzę, też nie umiem - westchnęła Danusia sięgając po herbatę - a do Eli pójdę, już dawno jej obiecałam i jakoś tego... 
- Niech ona coś powie o tych sąsiadach, ta jej niechęć do plotek jest teraz szkodliwa - westchnęłam.
- Niechęć?! - autentycznie zdumiała się - żartujesz? Przecież to plotkara jak stąd do Paragwaju! 
- ??? - tym razem mnie lekko zatkało.
- Owszem, ona to ukrywa, ale nie przede mną, dlatego rzadko do niej chodzę - ze skruchą się przyznała.
- Ciociu, błagam, wszystko o sąsiadach i zapamiętaj dobrze - prosiłam gorąco.
Ponownie dzianie mi świat przesłoniło, sezon na ciepłe przyodziewki rozszalał się zamówieniami. Mój pierwszy warkoczowy sweter zrobił furorę i klientki stały a kolejce, a nawet zasługiwały się prezentami. Chodziłam niewyspana, bolały mnie dłonie, ale dzielnie robiłam na drutach. Trochę zastanawiało mnie dlaczego Niko, mój kumpel się nie odzywa od tak dawna, no właśnie, od kiedy? Nauka leżała odłogiem a próbna matura stała u bram...
Powroty do rzeczywistości były bolesne. 
- Moja droga - profesorka miała zatroskaną twarz - cztery strony to za mało! Postawiłam ci dobrą ocenę, ale sama nie wiem co z tym zrobić?
Do licha! Musiałam przyznać polonistce rację, ale zupełnie nie miałam inwencji do pisania tego dnia, kiedy była próba maturalna. W dodatku dopadł mnie okropny ból dłoni, niestety nie przejawiający się niczym zewnętrznie, ani opuchlizny, ani zaczerwienienia. Moje natchnienie zawsze było fanaberyjne, zresztą zajęte czym innym... Danusia w tym czasie odbywała wizytę i szalała po mnie ciekawość!
- Wiesz, sama jestem podekscytowana jak nie wiem co! - zaczęła sumienną relację nazajutrz. - Ela jest ciekawa, bo ci sąsiedzi to jacyś dziwni są. Sprowadzają się po kawałku, ale jeszcze tam nie mieszkają na stałe - kontynuowała. - Z jednej strony to jest zadowolona, bo cisza i spokój, ale mówi, że te ciemne okna wieczorami wyglądają niepokojąco. Żadnych zwierząt tam nie ma - dodała - na szczęście, biedne byłyby. 
Danusi nieobojętny był los każdego zwierzaczka, więc to mnie nie zdziwiło, ale w tym wszystkim faktycznie było coś dziwnego.
- Odkąd się niby wprowadzają? W końcu nawet miesiąc może nie być dziwny?
- Otóż to, ale oni podobno od roku jakoś tak, na raty. 
- Ile tam sztuk się wprowadza, kto to jest, ona wie?
- Bardzo żałuje, ale widziała zwykle jednego faceta, rysopis pasuje do Witka, hi, hi - zaśmiała się - ale na upartego przecież nie tylko? - Ela ma wrażenie, że bywa też tam kobieta, niska ma być, więc widok jej zasłania żywopłot. 
Zamyśliłam się, ale nic mi nie przyszło do głowy, choć czułam, że powinnam się wysilić bardziej. Napoczęta robota wzywała i skutecznie mi przeszkadzała. Coś jednak było w tej garści informacji ważnego, do czorta, myśleć!
Z polecenia "mysleć" nic nie wyszło, bo nieco spanikowana postanowiłam chodzić na korepetycje z matematyki, choć na próbnej zaliczyłam przyzwoicie, to jednak uczciwie musiałam przyznać, że to był cud. Losu kusić nie należało. 
Korepetytor, człek sympatyczny, ojciec pięknej dziewczyny i mąż doskonały - bo przy okazji podarował mi genialny przepis na babkę makową, mieszkał akurat w pobliżu targwiska na którym miewałam interesy. Otóż przypadkiem poznałam osobę, której syn pracował w 
Niemczech i to było moje źródło drutów, dziewiarskich, z żyłką, bo na innych nie umiałam robić. 
Udając się w sobotę na lekcję, po drodze wstąpiłam, by odebrać zamówione szóstki. Uczynna ta osoba dziwiła się po co komu takie potwornie grube druty, ale miała. Tuliłam je do kurtki i przechodziłam ku wyjściu między szeregami sprzedających, gdy w oko mi coś wpadło, nie śmietek, widok jakiś. Cofnęłam się, przeszłam jeszcze raz i zobaczyłam dobrze znaną włóczkę. Pomyślałam, że mam jej niewiele i zapytałam o cenę. Niska była niezwykle, odruchowo się potargowałam, niechcąco osiągając niezwykły rezultat. Sprzedająca baba bąknęła, że ma włóczki więcej, stoi tylko w soboty.
Dopiero po korepetycjach zaczęłam myśleć - przecież nie mam w domu tej włóczki! Ona była w tym brezentowym worze!!! To po co mi te parę motków? Zapamiętałam, żeby w następną sobotę wpaść na bazar i zabrałam się za sukienkę, do której mnie ssało, bo pierwszy raz robiłam duży wrabiany wzór...


czwartek, 11 czerwca 2009, vivictoria

Polecane wpisy

  • VA BANK!

    (Dziś odcinek wyjątkowo i dodatkowo, bo jednak nie życzymy sobie, żeby Ktoś się zastrzelił :D ) Nastały dni, które słabo pamietam, oprócz tego, że robiłam na

  • ROBIMY NAGO NA DRUTACH

    Poszukiwania nam kulały na obie nogi, nawet wszystkie cztery. Miałyśmy zajęcia, niektóre związane z przymusem szkolnym, gniotem rodzinnym, któremu się wydawało,

  • Jana Sebastiana Bacha i Jajcarska

    Obudził mnie chłód i coś iście obrzydliwego, co mi się przylepiło do policzka! Poderwałam się niemrawo, czując że wszystkie członki mam nieprzyjemnie zdrętwiałe

Komentarze
2009/06/11 21:27:51
No to mnie już zaczyna "ssać" - i co dalej ????????????????????
-
seremity
2009/06/12 10:18:46
No właśnie! To jest normalnie tortura, dzielenie tego na takie małe kawałki i jeszcze takie rzadkie publikacje!
-
Gość: , *.89.112.142.static.crowley.pl
2009/06/15 16:36:04
dalej pewnie się okaże, że na targu baba sprzedawała włóczkę właśnie z tego zaginionego wora :-D
-
2009/06/16 19:25:46
Święta prawda! :D
.