piątek, 05 marca 2010

http://www.johanku.com

 

Jaka zima była i jest, każdy widzi, ale ja wcale nie chcę pisać o pogodzie, chociaż ona ma duży wpływ na modę! Tegoroczna zima i to taaaka, i to wszędzie na kuli ziemskiej idealnie napędza rynek dzianin i gwarantuje wielką modę na dzianiny na następne sezony.
Zresztą, niezależnie pod warunków pogodowych, rynek ten podnosi się po dość krótkim okresie lat 90-tych, kiedy z pozoru w sferze dzianin niewiele się działo, a jak już to głównie były to dzianiny maszynowe.
Nas interesuje dziewiarstwo ręczne, którego wysoka fala zaczęła wzbierać jakiś czas temu w USA, zresztą wraz z innymi rękodziełami.
Dlaczego tam? Kluczem jest czas, czas wolny, który trzeba zagospodarować i na tym zarobić - zarabiają oczywiście najwięcej dostawcy surowców. Zresztą tamtejszy rynek rękodzieła nie jest jednolity, lecz przeżywa renesans, to pewne. W dodatku bogactwo materiałów i surowców powoduje, że każdy znajduje coś dla siebie.
W dziewiarstwie dzieje się dużo. Powróciły włóczki ręcznie i to własnoręcznie przędzione, jest dużo małych farm, które sie specjalizują w hodowli nie tylko owiec, ale innych włóczkonośnych zwierzątek. Przemysł także dostarcza coraz większej gamy włóczek.
Pojawiły się w wielu domach kołowrotki i wszelkie inne urządzenia pomagjące w przędzeniu, dzianiu, tkaniu. Czy jest to powrót domowych rzemiosł na dłużej, czy fala mody, która jutro ustąpi nowej, innej? Nawet jesli tak sie stanie, to na tej wysokiej fali czynnego zainteresowania dziewiarstwem wyrastają projektanci - będzie ich coraz więcej i to oni pociągną wielką modę na dzianiny, nadając im nowoczesne formy.
Myślę, że każdy kto opanował podstawy dziania, powiniem tworzyć własne wzory. W latach 80-tych to Polska była źródłem ciekawych modeli i inspiracją dla ościennych krajów.
W naszej strefie klimatycznej dzianiny są stałym elementem mody, więc warto w nie inwestować, także talent!
Bywając na tegorocznych wyprzedażach warto zwracać uwagę na dzianiny - będą coraz modniejsze.
A w designie dzieje się wiele ciekawego - dziwnego też - pokzuję na fotach, że nadciągają Chińczycy...

wtorek, 13 października 2009

Z pokazu jesień/zima 2009/10

Dla miłośników dzianin, swetrów, wszelkich ocieplaczy nastał sezon, dodajmy wyjątkowo urodzajny. Można motać, owijać, otulać, choć moda nie zakazuje pokazywać seksownie opiętej obcisłym sweterkiem, figury.

Czasy dyktatury mody minęły, już od dawien dawna nikt nie podaje ile centymetrów za kolanko, długości ma mieć spódniczka. Z szerokiej palety wybieramy co się nam podoba, dodajemy coś z czeluści własnej szafy, a najmodniejsze szczęściary z szafy babci i ten mix budzi zazrość otoczenia.

Po się ubieramy? To pytanie oceaniczne wprost gigantyczne rozlewisko, bo każdy z nas ma inna odpowiedź: poważną, niepoważną, oszukańczą, wykrętną ale ma...

Załóżmy więc, że ubieramy się by było ciepło i ładnie. O tej porze roku to odpowiedź podpowiadana przez naturę. Natura stroi się w kolory, które zmieniają się każdego niemal dnia. Od zieleni przechodzi w złocistości i rudości, płonie winną czerwienią, by gasnąć i szarzeć po pierwszych przymrozkach. Na kolorach tego właśnie ostatniego akordu jesiennych dni oparła swoją kolekcję Margherita Missoni - młoda i piękna latorośl rodziny słynnych projektantów. Na zdjęciu kwintesencja jej propozycji. "Spleśniałe" spokojne kolory, sylwetka ukryta w zawojach miękkich szali. Wielu osobom to odpowiada, nawet służy.

Zapraszamy do DZIANEJ MAFII, gdzie jest duży wybór jesiennych ciepłych przytulności.  

09:51, dzianamafia , ALTA MODA
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009

Kilka dni temu była doć miła pogoda, pochmurno, ale dość ciepło. Siedziałam ze znajomymi w kawiarnianym ogródku i  zawodowego nawyku popatrywałam na przechadzający się tłum.

Wnioski? Takie jak zwykle. Mało kolorów, a lato przecież je kocha najbardziej! To czas większej swobody ubraniowej w przenośni i dosłownie. Jednak osób ubranych oryginalnie, kolorowo jest mało. Nie chodzi o odjechaną awangardę, a o wyrazisty styl. Przede wszystkim przemyślany. Tego brakuje, polotu, fantazji.

Na tym tle, bez żadnej przesady można powiedzieć, że wyróżniają się osoby ubrane w coś zrobionego ręcznie. Rzucają się w oczy, dają natychmiast zauważyć, nie tylko dziewiarskim maniakom! Siedzący przy stolikach odwracali głowy, gdy przechodził ktoś odziany inaczej. Rzadko.

 

18:02, dzianamafia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 czerwca 2009

(Szanowni Czytelnicy, to jest przedostatni odcinek przed wakacjami, przerwa potrwa do połowy sierpnia, przepraszam. Dzisiejszy odcinek sponsoruje Czarcik )

 

Za wierzejami coś się działo, przyłożyłam ostrożnie ucho do nich i mało nie padłam! Ktoś załomotał i zawołał gromko:
- Jesteś tam?
Dech mi odebrało, a na dodatek nie słyszałam głupszego pytania!
- Nie ma mnie! Spróbujcie to otworzyć!
- Czekaj - usłyszałam Danusię.
Nie było mi wszystko jedno! W ciemnościach garażu jakby czaiło się coś złego. Przydeptałam wyobraźnię i marzyłam o tym, żeby się wydostać. Już!
W zamku chrobotało, słyszałam stłumione gniewne głosy.
- Odwalcie się, włamywacze, pożal się Boże! Na bok!
Nie mogłam się mylić! To był głos ciotki Eli! 
Znowu zachrzęściło metalowo i w tej samej sekundzie wyleciałam na zewnątrz, bo opierałam się o drzwi. Zerwałam się i wróciłam, odrobina światła pozwoliła mi znaleźć wór ponownie, porwałam go z pewnym trudem, jakby się o coś zaczepił, musiałam się aż zaprzeć.Ciągnąc go, wybiegłam.
- Tędy - komenderowała Ela, biegnąc przodem. 
Nie wiem czemu, wydawało mi się, że ma na sobie nocną koszulę i wszystko zrobiło się nagle takie nierzeczywiste!
Na tyłach jej ogrodu była brama. No tak, wiedziałam, zawsze wybieram wyjścia najbardziej pracochłonne!
Wszystkie zasapane znalazłyśmy się w jej salonie. Popatrzyłam wokół. Zastawiony stół, pusta butelka po winie, Danusia i Ela z błyszczącymi oczyma, a Tenia nieziemsko umorusana ziemią, to i ja najpewniej.
- A teraz moje kochane, powiedzcie mi jak ludzie, o co tu chodzi, no? - ciotla Ela miała groźną minę.
Pewną ulgę sprawiło mi to, że nie miała na sobie koszuli, ale elegancki szlafrok.
Nie było wyjścia. Powiedziałyśmy prawdę.
- Idiotki z was ciężkie, było mnie zapytać, ich tu nigdy nie ma w poniedziałki! Nie mogłyście mnie wziąć do pomocy?
- Bałyśmy się, że ciocia wszystko rozgada - wyrwało mi się zanim pomyślałam co mówię.
- To tak?! 
- Przepraszam - szepnęłam.
- Narobiły harmideru i dzięki temu oni pojechali, ale wrócą - Ela palcem pokazywała na Danusię i Tenię. - Co im ukradłaś?
- Ja nie kradłam! Ja odbierałam! - zawołałam z oburzeniem. - Moje święte włóczki!
Złapałam wór, rozplątałam i zanurzyłam w nim rękę, by ją cofnąć w panice i przerażeniu!
W worku było coś włochatego!!! Nie włóczki!!!
Kolejno do wora zajrzały wszystkie, Ela posunęła się do tego, by śmiało wywalić z niego to coś.
Pod naszymi nogami leżało wielkie futro z norek. Super gatunek. Przykucnęłam i zaczęłam oglądać dokładnie. Było chyba zupełnie nowe, szyte według starych zasad bo ciężkie pioruńsko. Metka firmy z najwyższej półki. 
- No to się obłowiłaś - z satysfakcją stwierdziła Danusia.
- To przecież nie jest moje! - wrzasnęłam rozsierdzona maksymalnie - tyle roboty na nic! 
- Jak to na nic? Sprzedaj to i masz wagon włóczek, Niko, wiesz że wyjechał? Przyśle ci z Francji?
- Nie mam zamiaru kraść! Muszę to oddać! Zaraz!
- Oszalałaś, oni tu wrócą! Nie dziś, jak musisz!
Klęczałam na podłodze wpychając kosztowne okrycie z powrotem do wora. Zaraz, przecież swój wór poznam. Przestałam wpychać i dokładnie go obejrzałam. Z pewnością wojskowy, ale to nie był mój! Mój miał bardzo charakterystyczne uszkodzenie, wyglądało jakby ktoś cerował, bo wątek i osnowa się rozsunęły.
- To nie jest moje! - jęknęłam - nie moje!
- Ale sprawiedliwie się tobie należy, z odszkodowaniem - stanowczo powiedziała Danusia. - Daj przymierzę?
- Za nic!!! - zerwałam się na równe nogi. - Za nic tego świństwa nie chcę! 
Zgarnęłam znowu futro, by je szybko zabrać sprzed chciwych oczu, coś trzasnęło, rozdarło się? A koło moich stóp upadła ładnie obwiązana banderolką gruba paczuszka dolarów...
Klapnęłam na podłogę z rozmachem i jedyne co mi przyszło go głowy, że mieli w szkole rację: kość ogonowa isnieje!


09:30, vivictoria
Link Komentarze (6) »
środa, 17 czerwca 2009

(Dziś odcinek wyjątkowo i dodatkowo, bo jednak nie życzymy sobie, żeby Ktoś się zastrzelił :D )

 

Nastały dni, które słabo pamietam, oprócz tego, że robiłam na drutach i nic nie mogło być ważniejsze. Z trudem do mnie docierały wszelkie informacje i wiadomy dzień ciągle się odwlekał.
Tenia też dziwna była, nieuchwytna po szkole, nieobecna w domu?
Na dodatek zostałam zaproszona na wielki kiermasz rękodzieła, gdzie miała być pani Gorzelany, od której, choć pośrednio, nauczyłam się traktować dzianinę dość swobodnie, bez kanonów. 
Nastapiło takie pandemonium, że słów brak. Nie przestawała sprawa Witka mnie dręczyć, o nie! Dawała o sobie znać i wywoływała wrzenie nerwów.
- Dosyć tego - zawołałam do Teni, kiedy ta wreszcie znalazła dla mnie czas. - Gdzie ty się podziewasz? Jak nie chcesz, to nie musisz brać w tym udziału, sama to załatwię, ale bez twojej mamy nie dam rady.
- Pomagałam Witkowi pakowac do samochodu, on mnie też oszukał! Licz na mnie - westchnęła - boję się, ale będę z tobą.
- Czego tu się bać? Nie wchodzimy do klatki z głodnym lwem? 
Wygłaszając to zdanie nie miałam pojęcia, jak bardzo się mylę...

Wreszcie nadszedł ten dzień i udałam się do cioci Danusi, żeby się z Tenią uczyć. 
- O rety, nienawidzę kłamać, ale moja mama nie nadaje się do takiej akcji - mruczałam niezadowolona z siebie.
Plan był starannie ułożony. Danusia miała zabawiać Elę, żeby ta przypadkiem nie zainteresowała się sąsiedztwem, a my z Tenią zbadać co kryje się w wielkim garażu i ewentualnie odebrać swoje. 
Dziura w siatce tuż nad ziemią znalazła się łatwo, Danusia nam dobrze wytłumaczyła. Od biedy człowiek przelazłby do połowy, ale miałam nożyce do drutu i po chwili już droga na całego człowieka, była otwarta. Wysunęłam się pierwsza, rozejrzałam. Na całej posesji panowała cisza, tylko od ulicy słychać było przejeżdżające auta, a blask dalekich latarni łagodnie oświetlał zaniedbane podwórko.
Przy garażu na kilka sekund musiałam oświetlić zamek, żeby się przekonać jaki on jest. Sięgnęłam do plecaka po przygotowane wytrychy i w połowie gestu przypomniałam sobie, że ich nie wzięłam! 
Stałam długo bez ruchu aż Tenia zaszeptała:
-Co ci jest, pospiesz się, ja się boję!
Też się bałam, że zrobiłam więcej głupot. Sięgnęłam do włosów, uciągnęłam spinkę, wygięłam i zaczęłam gmerać w zamku. Mam dwie zaskakujące zalety: znam budowę zamków wszelkiego rodzaju oraz wyobraźnię przestrzenną dotyczącą wnętrz. Słowem, wszelkie bebechy umiem sobie wyobrazić bez zaglądania do nich. Aczkolwiek już byłam zdenerwowana zapominalstwem, zamek otworzyłam błyskawicznie, pomaleńku, bo kto wie, czy takie wierzeje nie skrzypią?  otwierałam. Słabe światło pozwoliło mi na stwierdzenie, że zamek jest zatrzaskowy, nie da się go otworzyć od wewnątrz, więc konieczne jest zabezpieczenie drzwi.
- Nie wchodź tutaj, sama się rozejrze - zaszeptałam do leżacej mi niemal na plecach Teni. - Czuwaj tu, daj znać jakby co. I te drzwi przytrzymaj! 
W środku panowały egipskie ciemności, musiałam zapalic latarkę koniecznie. Jej blask odsłonił istny magazyn! Było pełno części samochodowych, mebli, nowych sanitariatów, telewizory w pudłach. Nie tego szukałam! Wreszcie dojrzałam bezentowy zielony wór. Pomacałam, miękki, ciężki, mój! 
- Uciekaj! - usłyszałam spanikowy szept Teni.
Zgaszona latarka wypadła mi z ręki, w szparze drzwi zobaczyłam blask, chyba reflektorów bo było słychać pomruk silnika!!! Nagle usłyszałam ciszy trzask i zapadła kompletna ciemność, drzwi się zatrzasnęły! 
Ogarnęła mnie wściekłość! Macając w ciemności starałam się oddalić gdzieś od wejścia, świadomość bycia w pułapce zadania mi nie ułatwiała. Ktoś już zachrzęścił w zamku... A ja macałam wokół szukając oręża... Przykucnęłam za czymś, w ręku miałam jakiś wichajster, dość ciężki i długi, w sam raz, żeby komuś przyłożyć! 
Ktoś otworzył drzwi. Z zewnątrz dochodził jakiś harmider, a co mnie zdumiało niebotycznie, wyrażnie słyszałam głos Danusi!
Rozbłysło światło tak potężne, że aż mnie oślepiło. Zobaczyłam faceta tyłem z ręką na przełączniku, kiedy się odwrócił już wiedziałam, że to nie Witek, choć patrzyłam jednym okiem, ostrożnie wyglądając zza łososiowego sedesu. 
- Teraz g*** z tego, zmywajmy się, nie miały te baby co robić, k*** ! - wygłosił do kogoś na zewnątrz, zgasił światło i wyszedł. Zatrzask zadziałał... 
Odłożyłam tę jakąś rurę i ponownie macając zbliżałam się do wyjścia. Towarzyszyło mi nieprzyjemne uczucie, że ktoś w tym garażu jeszcze jest, ale miałam inne zmartwienie. Wydostać się czym prędzej i zabrać ten wór. Dobry i jeden.



wtorek, 16 czerwca 2009

 

Dzianie wchłonęło mnie całkiem, zaczęłam bywać w szkole tylko ze względu na ciężki przymus, zresztą szkole jako takiej byłam zawsze niechętna. Uczyć to się uczyłam, nawet mogłam. Dużą część sukienki czy swetra robiłam wkoło, robota nie wymagała wielkiej uwagi, daninę dla szkoły mogłam złożyć.
Nawarstwiało się dużo problemów i wreszcie przyszedł dzień, że musiałam się tym zająć... Z pewnym zdumieniem dowiedziałam się, że mój kumpel Niko wyjechał za granicę i to już dawno. Ze dumieniem, bowiem przyjaźnilismy się się od mojego dzieciństwa, więc dlaczego tak zniknął bez pożegnania?
Był jakiś konflikt między wychowawczynią a mną, nie lubiłam jej, bez przyczyny zupełnie, nawet mi było odrobinę przykro, ale nic nie mogłam poradzić. Takie zjawisko czasem występuje i zupełnie nie wiadomo, co z tym robić. Na dodatek ona była matematyczką, więc brałam te korepetycje na wszelki wypadek.  
W sobotę wyszłam z domu znacznie wcześniej, żeby wpaść na bazar. Z daleka już poznałam babę. Kiedy podeszłam bliżej oniemiałam i straciłam zdolność poruszania się. Na ławie leżały moje rodzone włóczki!!! Żadnej pomyłki być nie mogło! Nie było na świecie drugiego takiego samego zestawu! Wykluczone! Jak to, że nie było drugiej mnie! Baba sprzedawała tu moje włóczki w dodatku potwornie tanio!!! Skandal!
Pierwsza myśl szybciutko zdechła: policja. Otóż nie, żadnej policji!
Wyraziłam zainteresowanie, udałam że nie mam przy sobie kasy, ot zapomniałam i zapytałam do której ona stoi, czy zdążę wrócić.
Na tej lekcji byłam kompletnie rozproszona, korepetytor człek ludzki zabawiał mnie dykteryjkami, wreszcie go pożegnałam. Nie musiałam długo marznąć przy bramie targowiska, bo już z daleka poznałam babę. Wyszła objuczona, rozglądała się chwilkę, przy krawężniku wyhamowało ciemne auto kombi, baba wrzuciła na tył toboły a sama siadła obok kierowcy. Nie stałam rzecz jasna jak słup, ale już biegłam, ściemniało się jednak miałam pewność, że to było to samo auto, które widziałam koło Eli!
Taksówka właśnie wypluła na chodnik przede mną kogoś. W locie chwyciłam za drzwiczki.
- Za tym kombi, niech pan jedzie! - wyrwał mi się rozkaz.
- O rany, ja to mam szczęscie - westchnął kierowca - jak nie mąż żonę, to żona męża śledzi.
W tym momencie zgadzałam się być zdradzaną żoną, co mi tam, niech on tylko jedzie!
Taksówkarz był niezły, trzymał się kombi w pewnej odległości, ale jednak. Jechaliśmy w kierunku ciotki Eli...
- Wiem gdzie oni jadą, proszę się tam nie zatrzymywać - poleciłam, kiedy śledzone auto zawalniało obok znajomej posesji.

- Mów co chcesz, ale to się kupy nie trzyma! - prostestowała bez sensu Tenia. - Do Witka to nie pasuje!
- Tu nie o kupę chodzi, tylko o moje włóczki! Skąd wiesz, że nie pasuje? Baba jak baba.
- Jesteś pewna, że to te?!
- Słuchaj, Dziunia ze Szwecji mi przywiozła moher w okropnym kolorze, wątpie czy czy ktoś tu ma taki sam! "Picasso" się nazywa, włochaty jak piorun. I wszystkie inne ktoś miał takie same?!
- Boję się - westchnęła
- No ja myślę, bo tego tak nie zostawię!
- I tego się boję - potwierdziła.
- Narzędzia to ja mam. Potrzebna będzie pomoc twojej mamy.
- Narzędzia zbrodni? - jęknęła Tenia słabo.
- Nie marudź, gdzieś te włóczki wtrynili, muszę je wydostać, skoro ich tam nie ma całymi dniami... Jaka to zbrodnia?
- Włamanie, przecież to karane!
- A kto ci powiedział, że się włamię?
- Będziesz przenikać przez ściany, co???
Na Danusię można było liczyć zawsze, kiedy w grę wchodziła perspektywa przygody, toteż i tym razem przystała na szaleńczy pomysł odbicia włóczek przemocą na zasadzie: niech gwałt się gwałtem odciska! Chichocząc wspomniała, że siedziała za komuny, to ma wprawę.
Narada wojenna odbyła się w aptece z przerwami. To znaczy nie apteka miała przerwy tylko spiskowcy, kiedy wchodzili klienci.
Ustaliłyśmy szczegóły.
Po pierwsze ani słowa prawdy mojej mamie!
Po drugie oficjalna wersja ma brzmieć, że z Tenią uczymy się jak dzikie u cioci Danusi przez dwa dni.
Po trzecie Danusia musi wymyślić pretekst długiej wizyty u Eli, a my w tym czasie...

- Cóż to jest przeleźć przez płot? Jednak wolałabym obejrzeć teren za dnia - powiedziałam.
- Po co przełazić? Tam jest dziura, kot się zmieści - oświadczyła Danusia.
- Co takiego? - obie z Tenią jednakowo zdziwiłysmy się.
- Oj, tam był u Eli taki mały kotek - Danusia westchnęła - chciałam go nakarmić, no i on przeszedł na drugą stronę, stąd wiem, pod bzem jest siatka nadpruta, tam jest ciasno, ale na czworakach można się zmieścić.
- Mamo! - wyrwało się Teni.
- Co się dziwisz, skąd miałam wiedzieć, gdzie on idzie?

Teren obejrzałam za dnia oddając ciotce Eli żurnale. Sąsiedni dom wyglądał na niezamieszkały od dawna. Oko wytresowane na zabawach w Indian dostrzegło mocno wydeptaną ścieżkę prowadzącą do wielkiego garażu. Wszystko wskazywało na to, że nie ma co zawracać sobie głowy niczym innym.

Tak naprawdę chciałam tylko mieć pewność, że moje podejrzenia są prawdą, jednak zaślepiona, gnana zemstą na Witku, nie myślałam i zapewne nie umiałabym sobie wyobrazić konsekwencji szalonego pomysłu...




czwartek, 11 czerwca 2009

Ciocia Danusia to była (i jest nadal choć ciutek sterana wiekiem) człowiek-instytucja. Miała wiele zdumiewających zalet oraz, co tu kryć, wariatka z niej rekordowa. Pognałam w pragnieniu zdobycia praktycznej wiedzy, a przy okazji chciałam ja wypchnąć do ciotki Eli w celach wywiadowczych. Danusia do tego nadawała się znakomicie. 
Warkocze rozczarowały mnie potwornie! Cała z nimi sztuka wręcz była za łatwa, spodziewałam się większych ewolucji. Jak się okazało umiała ona warkocze prawoskrętne, sama odbadałam, że mogą być i lewoskrętne. Na bazie tej wiedzy już nie straszne mi były inne przeplatanki, bo to kamień milowy w moim dzianiu był.
Nadal jednak tajemnicą pozostawały ażurki, w których zupełnie się nie odnajdywałam, a dziurki mi powstawały w miejscach na to nie przeznaczonych. 
- Na to nic ci nie poradzę, też nie umiem - westchnęła Danusia sięgając po herbatę - a do Eli pójdę, już dawno jej obiecałam i jakoś tego... 
- Niech ona coś powie o tych sąsiadach, ta jej niechęć do plotek jest teraz szkodliwa - westchnęłam.
- Niechęć?! - autentycznie zdumiała się - żartujesz? Przecież to plotkara jak stąd do Paragwaju! 
- ??? - tym razem mnie lekko zatkało.
- Owszem, ona to ukrywa, ale nie przede mną, dlatego rzadko do niej chodzę - ze skruchą się przyznała.
- Ciociu, błagam, wszystko o sąsiadach i zapamiętaj dobrze - prosiłam gorąco.
Ponownie dzianie mi świat przesłoniło, sezon na ciepłe przyodziewki rozszalał się zamówieniami. Mój pierwszy warkoczowy sweter zrobił furorę i klientki stały a kolejce, a nawet zasługiwały się prezentami. Chodziłam niewyspana, bolały mnie dłonie, ale dzielnie robiłam na drutach. Trochę zastanawiało mnie dlaczego Niko, mój kumpel się nie odzywa od tak dawna, no właśnie, od kiedy? Nauka leżała odłogiem a próbna matura stała u bram...
Powroty do rzeczywistości były bolesne. 
- Moja droga - profesorka miała zatroskaną twarz - cztery strony to za mało! Postawiłam ci dobrą ocenę, ale sama nie wiem co z tym zrobić?
Do licha! Musiałam przyznać polonistce rację, ale zupełnie nie miałam inwencji do pisania tego dnia, kiedy była próba maturalna. W dodatku dopadł mnie okropny ból dłoni, niestety nie przejawiający się niczym zewnętrznie, ani opuchlizny, ani zaczerwienienia. Moje natchnienie zawsze było fanaberyjne, zresztą zajęte czym innym... Danusia w tym czasie odbywała wizytę i szalała po mnie ciekawość!
- Wiesz, sama jestem podekscytowana jak nie wiem co! - zaczęła sumienną relację nazajutrz. - Ela jest ciekawa, bo ci sąsiedzi to jacyś dziwni są. Sprowadzają się po kawałku, ale jeszcze tam nie mieszkają na stałe - kontynuowała. - Z jednej strony to jest zadowolona, bo cisza i spokój, ale mówi, że te ciemne okna wieczorami wyglądają niepokojąco. Żadnych zwierząt tam nie ma - dodała - na szczęście, biedne byłyby. 
Danusi nieobojętny był los każdego zwierzaczka, więc to mnie nie zdziwiło, ale w tym wszystkim faktycznie było coś dziwnego.
- Odkąd się niby wprowadzają? W końcu nawet miesiąc może nie być dziwny?
- Otóż to, ale oni podobno od roku jakoś tak, na raty. 
- Ile tam sztuk się wprowadza, kto to jest, ona wie?
- Bardzo żałuje, ale widziała zwykle jednego faceta, rysopis pasuje do Witka, hi, hi - zaśmiała się - ale na upartego przecież nie tylko? - Ela ma wrażenie, że bywa też tam kobieta, niska ma być, więc widok jej zasłania żywopłot. 
Zamyśliłam się, ale nic mi nie przyszło do głowy, choć czułam, że powinnam się wysilić bardziej. Napoczęta robota wzywała i skutecznie mi przeszkadzała. Coś jednak było w tej garści informacji ważnego, do czorta, myśleć!
Z polecenia "mysleć" nic nie wyszło, bo nieco spanikowana postanowiłam chodzić na korepetycje z matematyki, choć na próbnej zaliczyłam przyzwoicie, to jednak uczciwie musiałam przyznać, że to był cud. Losu kusić nie należało. 
Korepetytor, człek sympatyczny, ojciec pięknej dziewczyny i mąż doskonały - bo przy okazji podarował mi genialny przepis na babkę makową, mieszkał akurat w pobliżu targwiska na którym miewałam interesy. Otóż przypadkiem poznałam osobę, której syn pracował w 
Niemczech i to było moje źródło drutów, dziewiarskich, z żyłką, bo na innych nie umiałam robić. 
Udając się w sobotę na lekcję, po drodze wstąpiłam, by odebrać zamówione szóstki. Uczynna ta osoba dziwiła się po co komu takie potwornie grube druty, ale miała. Tuliłam je do kurtki i przechodziłam ku wyjściu między szeregami sprzedających, gdy w oko mi coś wpadło, nie śmietek, widok jakiś. Cofnęłam się, przeszłam jeszcze raz i zobaczyłam dobrze znaną włóczkę. Pomyślałam, że mam jej niewiele i zapytałam o cenę. Niska była niezwykle, odruchowo się potargowałam, niechcąco osiągając niezwykły rezultat. Sprzedająca baba bąknęła, że ma włóczki więcej, stoi tylko w soboty.
Dopiero po korepetycjach zaczęłam myśleć - przecież nie mam w domu tej włóczki! Ona była w tym brezentowym worze!!! To po co mi te parę motków? Zapamiętałam, żeby w następną sobotę wpaść na bazar i zabrałam się za sukienkę, do której mnie ssało, bo pierwszy raz robiłam duży wrabiany wzór...


wtorek, 02 czerwca 2009

Znałam dobrze niechęć ciotki Eli do plotek i takich tam, toteż o nic pytałam, tylko zgarniając reklamówkę z żurnalami rzuciłam od niechcenia:
- A tam - majtnęłam ręką - to kto mieszka? Ma ciocia spokój? 
- Nie wiem - orzekła naburmuszona - chyba ciągle ktoś się wprowadza. 
- Jak to "wprowadza"? - zdumiałam się - ciągle?
- Nie obchodzi mnie to, drogie dziecko, nie stójmy tak, bo jest przeciąg.
Torba urywała mi rękę w miejscu nadgarstka, toteż zrezygnowałam z natychmiastowej wizyty u Teni, marzyłam by pozbyć się brzemienia i co tu kryć obejrzeć skarby zaraz! Tym bardziej, że musiałam je oddać szybko. 
Kiedy zagłębiłam się w czasopisma, świat zniknął mi z oczu na długo! Każda robótkująca istota to zna. Ogląda się zachłannie, pożera kolejne kartki, w środku kłębią różne uczucia i to takie, że każdy facet może zsinieć z zazdrości, nie liczy się nic! Potem oglądamy ponownie, już krytyczniej, przy kolejnym ogladaniu dochodzimy do wniosku, że to wszytko już bylo i my też potrafimy, a nawet lepiej. Z takimiż wnioskami w środku, po wierzchu z niecierpliwością biegłam na spotkanie z Tenia, do kawiarni, bo każda z nas spieszyła się gdzie indziej. Mżyło i wiało, więc kawiarnia była idealna.
- Już mi się skończyły wykręty, rany co ja mam manie mówić? Ciągle pyta kiedy te włóczki wrócą - mamrotałam na początku.
- Podobno wiesz coś niesamowitego? - mów, bo mnie rozniesie - zażądała Tenia.
Opowiedziałam jej dokładnie. Zmarszczyła czoło.
- Czekaj, a ten numer, rejestracji masz naprawdę?
Wyciągnęłam kartkę z zapiskiem i westchnęłam.
- Nigdy mi się nie udała sztuka zapaniętania nawet numeru telefonu, nie ma dwóch ostatnich cyfr. Za te dam sobie głowę urwać, ostatnie wydaje mi się, nie były okrągłe.
- Co proszę?
- Nie zero, nie dziewięć.
- To i nie pięć, nie trzy, nie sześć, a nawet nie dwa?! To co zostaje dopasować i masz! - nieco złośliwie podsumowała.
- Daj spokój, nie wyglądało to dobrze, mówię ci, jak nieboszczyk w tym worku, no kształt, ciężar, okropność.
- Masz wybujałą wyobraźnię, czytasz ciągle kryminały - wytykała mi zainteresowania - przede wszystkim masz pewność, że to był Witek? Nie masz - sama odpowiedziała - co ciebie obchodzi obcy zbrodniarz?! Dowiedzmy się lepiej, kto tam mieszka może to coś da?
- Już widzę, że ciotka Ela nam powie, ale czekaj może twoja mama? 
- Niezły pomysł, ona poleci tam z radością. Zajmijmy się tym bardziej, bo potem matura, ja to źle widzę.
- Nie przypominaj mi! Mam zagwozdkę, bo jedna baba chce sweter z warkoczami, a ja nie umiem!
- To jej powiedz?
- Coś ty, za nic w świecie, jakbym wyglądała?! To mój sekret jest.
To był fakt, na drutach ledwo co zaczęłam się uczyć i te sukienki to była moja głęboka woda bez nijakiego koła ratunkowego. Umiałam oczka prawe i lewe, po jakimś czasie z mozołem odkryłam jak się je dodaje w środku robótki, żeby nie powstawały dziury i dumna byłam okropnie. Wykorzystując skromny zakres tworzyłam sukienki w większości melanżowe, bo moim idolem była firma Missoni, co trwa do dziś. 
- To przestań wymyślać nieboszczyków w workach i poproś moją mamę, to ci pokaże, bo ona umie i robi mi kamizelkę, od roku robi - dodała z goryczą.
Oczywiście po takiej wiadomości wszystkie zbrodnie świata wyleciały mi z głowy omotanej dokładnie wełną. 
A kremowej włóczki nie było! Wracając weszłam do domu towarowego, żeby kolejny raz zapytać ekspedientki, kiedy będą włóczki. Nie było wiadome, ale na sąsiednim stoisku były rajstopy, potulnie stanęłam w kolejce i nudząc się oglądałam całą resztę. Apaszki w burych kolorach, pończochy których już nikt nie kupował, skarpety idiotyczne, bo kremowe i to męskie bo kto ma stopę jak podolski złodziej?! Zaraz, przecież to wygląda jak wełna??? Skarpety okazały się być: męskie faktycznie, wełniane sto procent, wielkie i przecenione na jakieś grosze. Budząc lekką sensację kupiłam dwadzieścia par i unosząc łup starałam się kryć twarz, nie chcąc być na ulicy pokazywana palcami jako ta, co tyle par skarpet... 
W domu, jeszcze nie zrzucając kurtki napoczęłam jedną i poszłooo, pruły się cudownie! Świat przestał istnieć...

czwartek, 21 maja 2009


  Wielkimi krokami zbliża się lato.
Niestety, klimat nas nie rozpieszcza. Wieczory ,a i bardzo często dni ,nie sprzyjają odsłanianiu ramion .
Trzeba je przykrywać.
Ręcznie robione dzianinowe cudeńka są do tego idealne.
Nie tylko ogrzeją,ale i przyozdobią.

     Takie na przykład narzutki- poncza:


                   


 Koronkowe i delikatne.

Albo energetycznie zielone z wzorem liści:

             

         
        Dobrym rozwiązaniem będzie również żakiet:

         
                            

 Piękny kolor,niebanalny,podkreślający sylwetką fason. Idealny zarówno do sukienek jak i do dżinsów.

            A co na wieczorne wyjście,kiedy chcemy wyglądać wyjątkowo?
Na romantyczną sukienkę narzućmy lekki płaszczyk :

                   
                            

 Ten w kolorze dojrzałych malin;

albo taki o barwie pustynnego piasku:


                          

      W takich rzeczach na pewno będziecie czuć się i wyglądać doskonale.
Te i mnóstwo innych ,unikalnych dzianin zrobionych ręcznie są do nabycia w


          NASZEJ GALERII

     Serdecznie zapraszamy.
piątek, 15 maja 2009

Coś ciągle Tenię i mnie spychało z drogi pentrowania miasta. Nadzieja zdechła całkiem, byłyśmy pewne, że Witek sam z siebie nie zjawi się nigdy... Po głowie mi zaczęły chodzić zbrodnicze myśli, z dzikim chichotem, że najpierw przestępstwo wobec fiskusa - choć według mnie było odwrotnie, fiskus mi zrobił coś złego! - a potem krwawa zbrodnia z pastwieniem się nad zwłokami, bo zabić takiego drania, to stanowczo za mało!
Wśród tych rozmyslań, zadzwoniła ciotka Ela, miała żurnale z Niemiec, mogłam sobie pożyczyć. Nie przepadałam za Burdą, taka była paniusiowata, wyparasowana na gładko, zero polotu i wdzięku, ale wykroje były genialne i na ich bazie mogłam zrobić po swojemu.

Najchętniej poleciałabym natychmiast, ale mieszkała daleko, cała wyprawa na pół dnia, mogłam dopiero w niedzielę. Mądrze sprawdziłam, że ciotka leży w pobliżu kilku ulic na jot, postanowiłam więc je sprawdzić.
Opuściłam mieszkanie rano, jak na dzień świąteczny, bo o dziesiątej. Było słonecznie, ale chłód pastwił się nad miastem. Wysiadłam cztery przystanki przed moim celem i ruszyłam w ulicę na jot. cieszyłam się z tych żurnali, bo wieści ze świata mody docierały ciągle szczątkowe, w dodatku coś takiego jak dziennikarstwo związane profesjonalnie z modą nie istniało, wyjątkiem była Barbara Hoff, co nie zaspakajało apetytów. Moim zmarwieniem była moda lokalna, która w tym sezonie nakazywała mieć dzianiny w naturalnym kolorze wełny, kremowym. Miałam już resztki i prawdziwy problem, bo zamówienia sypały się jak rzadko. 
Rozmyślając opatrzyłam się pod furtką ciotki, zdając sobie sprawę, że zawartość i wygląd tamtej ulicy na jot całkowicie przesłoniła kremowa wełna! Jednocześnie zarejestrowałam jakiś dźwięk, znajomy, więc odwróciłam głowę i zobaczyłam już tylko tył samochodu kombi, granatowego. Ognie na mnie uderzyły, bo dałabym głowę, że tak samo warczało auto Witka! jechało tak samo wolno i zatrzymało się przy następnej posesji. Obok furtki ciotki rósł potężny krzak i wszystkimi szparami wydostawał się na zewnątrz, miał jeszcze nieco liści, więc przywarłam do niego, coś mi mówiło, że nie powinnam się pokazywać. Ktoś wysiadł, widziałam czubek głowy, ktoś podszedł do bagażnika tak, że widziałam tylko jego tyły. Facet. Wzrost, włosy, sylwetka się zgadzały. Za wszelką cenę musiałam się upewnić! Ten ktoś wydostawał ze środka jakiś ciężar. Zaszczękało we mnie i czułam jak włosy mi się jeżą. Ostrożnie położył na brzegu chodnika podłużny, ciężki, wiotki kształt odziany w mój wojskowy wór! No taki sam! 
Nie mogłam zobaczyć dalszego ciągu inaczej, niż przypadając do chodnika. Zasłonięta przez gałązki widziałam nogi wykonujące ostrożne kroki i znikające w bramie sąsiedniej działki. Poruszając nię na czworakach, ruszyłam w tamtą stronę...
- Drogie dzieko! - usłuszałam nagle, w okolicach końca mojego odwłoku - co ty robisz??? Słabo ci? 
Droga ciotka Ela najwyraźniej mnie wyglądała i przyznaję, moje manewry mogły ją dziwić, czemu nie.
- Zgubiłam żeton na telefon - starałam się opanować trzepot nerwów - trudno, mam drugi - zełgałam.
Obejrzałam się jednak na auto ze wszystkich sił starając się zapamiętać rejestrację.


09:18, vivictoria
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4
.