poniedziałek, 30 marca 2009

Przeglądając swoje notatki dotyczące kiermaszów i jarmarków, w których biorę udział co jakiś czas a na których prezentuję poza biżuterią swoje ( i nie tylko swoje) dziane wyroby naszły mnie refleksje. Po roku czasu wpisy te mają wartość nie tylko sentymentalną. Tworzą doskonałą kronikę naszego życia. Zobaczcie jakie kontrasty nas otaczają.

Z jednej strony ogromnie luksusowe budynki - domy handlowe, w których często są hotele, kasyna, multikino, bardzo ekskluzywne butiki (przepiękne buty na wystawie sklepu X za jedyne 3.800zł - słownie trzy tysiące osiemset złotych), z drugiej strony w bardziej lub mniej kameralnej atmosferze jarmark rękodzieła - namiastka dawnych jarmarków? Kontrast olbrzymi wydawałoby się, ale wierzcie mi to na prawdę doskonale harmonizuje dzięki przytulnie zaaranżowanym kawiarenkom czy stoiskom wystawców. Przez rękodzieło rozumiem nie tylko dzianiny, ale wszelkie kołderki, poduszeczki, laleczki, rzeźby, malowane czy ozdabiane metaloplastyką szkło, drewniane wycinanki i ceramikę, biżuterię, koronkę frywolitkową, malowane jajeczka gęsie itp...
Z drugiej strony klient – student i klient bardzo zamożny, starsze Panie emerytki, nauczyciele. Na prawdę przekrój społeczeństwa - i każdy coś dla siebie znalazł :). Możliwości do rozmów oraz potargowania się z twórcą. Może takie kontrasty pomagają? Klient bardzo zamożny - nie lubi być nagabywany w takich miejscach (ani żadnych innych) lubi sam wybierać. A klient skromniejszy - czuje się dowartościowany - kupił coś w miejscu ekskluzywnym - czyż nie? Lubi by z nim bez pośpiechu porozmawiać. Myślę, że jest to zachowanie zupełnie podświadome - ale to tylko moja teoria.
Doskonałymi klientami są zagraniczni goście hotelowi. Cały jeden wieczór spędzili na jarmarku, bez pośpiechu oglądając wyroby wszystkich rękodzielników. Pytając o źródło pochodzenia, motywy, możliwości zmian czy dorobienia niektórych elementów. Żywo interesował ich proces twórczy i to pomimo barier językowych. Porównywali ceny również, ale i szukali unikalnych produktów.

Pięknie malowane w ptaki różnych gatunków jaja gęsie cieszyły się olbrzymim powodzeniem. Podobnie kapy, szydełkowe zajączki czy czapeczki również. I myślę, że wtedy jest się dumnym, że to nasze polskie wyroby są. Nasze poczucie piękna.
Szkoda, że tak rękodzieło słabo doceniane jest przez Polaków - kompleksy - „polskie - gorsze”, ale im dłużej obserwuję ludzi w takich miejscach - tym bardziej widzę co raz bardziej wzrastającą świadomość odrębności, niepowtarzalnego piękna i ciepła jakie dają przedmioty ręcznie tworzone.
Przecież laurki od naszych dzieci przechowujemy latami - właśnie dla tej często nieporadności, niepoprawności, bo widzimy jak wiele pracy w nie włożyły. A w rękodziele - często mistrzowsko wykonanym - pasji jest równie wiele. I chyba to dodatkowo dodaje pozytywnej energii.
No i nie czarujmy się - każdy z nas lubi być trochę snobem i mieć coś jedynego i niepowtarzalnego. Dlatego namawiam wszystkich - twórzcie! Jeśli nie na sprzedaż to dla siebie i rodziny. Poczujecie się na prawdę wspaniale!!!

I to by było na tyle w temacie dygresji okołojarmarkowych :) - dziękuję za dotarcie do końca tekstu po większą ilość informacji zapraszamy na forum mafii.


Z autopsji retrospekcje podsumowała dla Państwa

Iwona vel sowikoj

autorzy zdjęć: sowikoj, Dagny, Koroneczka

 Święto Podgrzybka - Międzychód

Gorzów - Przegląd Powiatów

Gorzów - Jarmark Askańczyków

Altus

 

 

 

niedziela, 29 marca 2009

 

W sobotę 28 marca bieżącego roku wybrałam się do Kudowy Zdrój na XII Spotkania Tradycji Wielkanocnych Ziemi Kłodzkiej.

 

DSCF4415

 

Można tam było obejrzeć wielkanocne stoły – wspaniałe, bogato przystrojone i obfite w potrawy. Mnogość prezentowanych tam wspaniałości, po ponad godzinnej wędrówce między suto zastawionymi stołami, powodowała nawet pewien przesyt wrażeń.

 

DSCF4419

 

Dużym mankamentem tej – jakże wspaniałej imprezy – było miejsce. Sale Teatru Zdrojowego były zbyt małe, aby pomieścić taką liczbę prezentujących się osób oraz gości. Wszystkim mocno dokuczała dość wysoka temperatura, a fotografom – mizerne oświetlenie. Mimo tych niedogodności – impreza była wspaniała.

 

DSCF4600

 

Na szczególną uwagę zasługiwały – podobnie jak w ubiegłym roku – pisanki, które wykonuje pani Mariola Matła z Różanki. Zresztą nazwanie jej dzieł pisankami zakrawa po trosze na bluźnierstwo – są to bowiem miniaturowe dzieła sztuki, wspaniałe klejnoty...

 

DSCF4543

 

DSCF4544

 

DSCF4546

 

DSCF4547

 

DSCF4548

 

Wszystkie prezentowane stoły były wspaniałe – współczuję osobom, które musiały wybrać najpiękniejszy. Na mnie duże wrażenie zrobiła dekoracja z Wambierzyc – bardzo oryginalna pisanka zbudowana z kilkudziesięciu jajek oraz kosze ozdobione skorupkami. Ciekawy był też ogromny stelaż w kształcie jajka. Na wielu stołach mogłam także podziwiać pisanki wykonane moją ulubioną techniką – barwione w łupinach cebuli i wyskrobywane nożykiem. Niektóre z nich były dziełami prawdziwych mistrzów.

 

DSCF4504

 

DSCF4592

 

DSCF4421

 

Niech i nasze tegoroczne wielkanocne stoły będą tak bogate – zasiądźmy przy nich w radości i spokoju.

 

DSCF4529

 

czwartek, 12 marca 2009

Nie słuchaj męża, kiedy mówi, że Twoja szafa jest pełna!

Czy już kiedyś była wiosna 2009 roku?! Nigdy w życiu! On tego nie rozumie?! Podobnie jak tego, że każdego roku, przybywa nam rok, odkłada się nam na metryce i już nigdy się nie cofniemy ani, ani! Czy to nie jest powód, żeby kosztować jedynej, w dodatku nieszkodliwej dla zdrowia przyjemności?! Czy modę można przedawkować?! Mówimy tu rzecz jasna o jednostkach rodzaju żeńskiego, rozsądnych w ludzkich granicach.

Dlaczego więc żałować sobie nowego ciucha? Aha, portfel robi się chudy? A czy on był kiedyś gruby??? A żyjemy? Z głodu nie padłyśmy?

Dlaczego więc nie wyglądać szałowo tej wiosny, unikalnej i jedynej, bo już nigdy takiej nie będzie? Nie odsyłajmy naszego świetnego samopoczucia  do jakiegoś tam  "potem"! Potem się zestarzejemy, będziemy  rozsądne, damy sobie wmówić, że nasza szafa pęka w szwach!

PS.Nie zapominajcie o Dzianej Mafii, my Was odziejemy modnie i to tak, że koleżance oko zbieleje!

niedziela, 08 marca 2009

Na początku pytanie jak z ankiety: co wiedzą państwo na temat cechów rzemiosł? Nie, nie tych średniowiecznych, współczesnych.

Być może plączą się po nas szczątki szkolnej wiedzy, kiedy uczono nas, że już od wczesnego średniowiecza przedstawiciele różnych zawodów zrzeszali się, tworzyli coraz bardziej zorganizowane związki, zwane cechami. Miały one swoiste struktury, własne insygnia, w tym tak zwane gmerki, czyli cechy - specjalne znaki do sygnowania dokumentów, wykonywanych prac.

Z pewnością wiele osób zna powiedzenie: wystroił się jak stróż w Boże Ciało. Na ogół o kimś niestosownie lub przesadnie wystrojonym. Rodowód tego powiedzenia tkwi w warszawskim bodajże, cechu stróży, który słynął z wielce paradnego przyodziewku używanego podczas różnych uroczystości. Cechowe władze miały bowiem prawo do własnych, charakterystycznych szat.

Jednak nie o tym mowa, a o czasach współczesnych, tu i teraz. Co wiemy o cechach rzemiosł dziś? Ogólnie nic nie wiemy, ale zapewniam, że istnieją i to w dużych ilościach. Jeśli ktoś bardzo uważnie śledzi wiadomości, to nawet na ich temat pojawiają się takowe, z rzadka, z reguły na jeden temat, kiedy domagają się przymusu przynależenia do nich (cechów, znaczy się), postulują posiadanie atestów, zdawania egaminów na krawca na przykład, wszystko w imię umiłowania klientów i ich zadowolenia. Tak, cechy oczywiście chcą przymusu, bo za tym idą przymusowe i niemałe składki. I na tym koniec. Naprawdę, proszę mi wierzyć, specjalnie się starałam znaleźć coś pozytywnego na ten temat i nie udało mi się! W roky 2007 była próba podniesienia sprawy rzemiosła w sejmie, ale upadła, więc nie ma o czym mówić.

Kolejne władze kraju zatrzymały się umysłowo na etapie nauki wczesnoszkolnej (dobre i to...), więc dla nich rzemieślnik, to ciemny szewc, przybijający fleki w zatechłej norze (przepraszam najmocniej wszystkich szewców!), więc sprawa marginesowa i o czym tu mówić. Pomijam fakt, że niektóre rzemiosła korzystają z najnowszych technologi i nawet je tworzą, zajmę się rękodziełem.

Czy ktoś kiedyś przeprowadził badania, jakie znaczenie może mieć rękodzieło dla rynku pracy, aktywizacji zawodowej? Z reguły przy tym myśli się o kobietach, które chyba chętniej wykonują pracę w domu, mogąc przy tym zamować się dziećmi. Bardzo słusznie, choć taka praca nie może być wydajna w pełni, bo opieka i prowadzenie domu zabierają dużo czasu. Jest jednak pewne, że wiele, nawet bardzo wiele osób byłoby uszczęśliwionych, mogąc zarabiać siedząc w domu, niekoniecznie parając się rękodziełem, jest mnóstwo profesji, które na taką pracę pozwalają. Czy ktoś komuś broni tak właśnie zarabiać na życie? Teoretycznie nic i nikt, w praktyce na śmiałka spada gilotyna biurokracji, opłat, podatki, plus ZUS. Na śmiałka, który - uśliślę - decyduje się na działalność gospodarczą jednoosobową, a przy tym jego rękodzieło jest na tyle pracochłonne, że mało wydajne. Działając, czyli sprzedając bez działalności rękodzielnik żyje w strachu, niemiłych uczuciu, że popełnia przestępstwo.

Teraz powinny nastąpić pytania, retoryczne i skierowane gdzieś do góry ustawowodawczej, więc zwykłemu śmiertelnikowi, nawet rozmnożonemu do paru tysięcy sztuk, niedostępnej.

Dlaczego nie można uprościć spraw i stworzyć statusu firmy małej, nie takiej jak teraz - że mała, to do 50 zatrudnionych! - ale powiedzmy jedno-pięcio osobowych?!

Bez konieczności prowadzenia szczegółowej ewidencji, z możliwościa brania paragonów ze sklepów jako dowodu zakupów, bez przymusowego ZUS i z symbolicznym podatkiem, bez utraty otrzymywanych świadczeń, typu renty, emerytury. Byliby chętni do skorzystania na takich warunkach?

Dla państwa wynikałyby z tego liczne korzyści:

- aktywizacja zawodowa dużej grupy, w tym kobiet, niepełnosprawnych, osób starszych

- szansa, że jakaś część z tych malutkich warsztaów rozwinie się w większe i zatrudni ludzi

- nastąpi rozwój szkoleń, praktyk w nowych-starych zawodach

- wzrośnie poziom wzornictwa, bo będzie więcej warsztatów i twórcza konkurencja.

Brzmi jak bajka, prawda? Jest pewna droga, nazywa się inicjatywa obywatelska, dla tych którzy kochają pracę w kamieniołomach, ale jeśli ktoś będzie zbierał podpisy, to ja chętnie.

Powyższy felieton prezentuje moje osobiste poglądy, a nie całej Dzianej Mafii

wtorek, 03 marca 2009

Jadłam kanapeczki i próbowałam uspokoić się za wszelką cenę. Przez głowę przelatywały mi liczne obrazy, wspomienia, budząc zdumienie, jak można w ciągu mgnienia przypomnieć sobie tak dużo.

 

Do tej pory uważam, że nigdzie na świecie nie ma tak pieknych, dzikich łąk jak te nadwiślańskie między Józefowem nad Wisłą a Annopolem! Kołyszące się trawami i wszelkimi ziołami, z czajkami płynącymi po niebie, a i orzeł się zdarza.

Wytarczyło zawiązać kłosy traw, żeby powstał wigwam, witka wierzby zamieniała się w łuk lub szablę według potrzeb. To właśnie tam pierwszy raz w życiu zastanawiałam się na tym, kim chcę zostać i bez wahania odpowiadałam: pastuchem! Bardzo długo we mnie to pragnienie tkwiło. Pastuch, pan Fornalczyk, był postacią wielbioną przeze mnie w sposób szczególny. Majestatyczny w swojej długiej pelerynie prowadził całą gromagę zwierząt; krowy, owce, konie na łąkę i pilnował cały dzień. Wieczorem to towarzystwo wracało samo do swoich domów, a ja uwielbiałam stać na środku drogi, bo zwierzaki się rozstępowały i biegły wokół mnie. Proceder uprawiałam do momentu, kiedy to zobaczył dziadek i dał mi klapsa, jedynego ale pamiętnego na całe życie. Potem złapałam cielę na lasso...

Rozejrzałam się po pobojowisku, wyciągnęłam sporą belę granatowej, grubej materii. Udarłam kawał mniej więcej kwadratowy. Teraz spojrzałam do "świętej" szuflady z narzędziami, gdzie był wzorowy porządek i masa różności, których broniłam przed wszelkimi zakusami. Wydłubałam niezwykle ciężkie, więc z pewnością ołowiane, arabskie ozdoby, przyszyłam po jednym takim ciężarku do każdego rogu granatowej szmaty. Zważyłam w dłoni, może być.

Stanęłam w szeroko otwartym oknie - niestety nie miałam pola na odpowiednio duży rozmach. Już zdążyłam sobie wyobrazić jak wieksza połowa człowieka wisi za oknem, reszta pozostaje na terytorium pokoju obciążona dokoła talii workami z piaskiem, powstrzymałam głupi chichot i przeniosłam się do drugiego pokoju i na balkon.

Liczyłam, że teraz będę mieć szczęście i przyda się dzieciństwo spędzone w charakterze Kozaka skrzyżowanego z Apaczem, na nadwiślańskich łąkach i sadach.

Latarnia świeciła, blask był zabójczy dla planu. Obliczyłam dystans, wychyliłam się ile tylko mogłam i rzuciłam! Szmata popłynęła w powietrzu lekko się obracając wokół osi. Grzechot ozdobnych ciężarków o betonowy słup i ciemność, obwieściły sukces!

Czym prędzej zniknęłam z balkonu.

Zegar nieubłaganie, acz wolno szedł naprzód. Została prawie godzina do umówionego hałaśliwego powitania, kiedy ujrzałam moją mamusię gotową do wyjścia.

- Jeszcze za wcześnie - jęknęłam.

- A jak one przyjadą wcześniej?! Postoję sobie przy ulicy, tam jasno jest.

- Ratunku, co ty będziesz tak na ulicy w nocy wystawać pod latarnią, co ludzie pomyślą - gadałam przerażona, bo jednak akcja miała wyglądać spontanicznie.

Argument, "co ludzie pomyślą" zadziałał i udała się czekać przy oknie, jak z kolei po przeciwnej stronie sprawdzałam czy wszystko zapakowane, worki zawiązane. Próbowałam jeden przesnąć i zamarłam bez ruchu...

Wory były potężne, upchane doskonale, bo to była moja specjalność, a ja miałam przecież ciskać je z okna, no z parapetu i to tak, żeby upadły nie pod samym blokiem a ciut dalej, za linią krzaków!!! Oparłam się o ścianę, czując jak robi mi się gorąco... Znowu musiałam się opanować ze wszystkich sił i włączyć szare komórki, które spanikowane tłoczyły się prawie w gardle.

Są takie sytuacje, że doznaje się gwałtownego i prawie nieludzkiego przypływu sił... Mnie w tym celu trzeba zdenerwować, porządnie tak. Już wiedziałam co mnie zdenerwuje najbardziej, bo zawsze działało, pomagając na przykład odkręcić wyjątkowo oporne słoiki...

Z rozmyślań wytrącił mnie nerwowy głos mamy, który zabrzmiał, jak podczęstochowska kolubryna:

- Już są!

I zniknęła wylatując z mieszkania.

Coś mi przeraźliwie się nie zgadzało, było jeszcze za wcześnie! Spojrzałam przez okno i zrobiło się jeszcze gorzej...

Przy krawężniku stała taksówka (skad one wzięły taksówkę?! bo wtedy ich było okropnie mało) a z niej właśnie wysiadała jakaś olbrzymia, obfita kobieta z dzieckiem chyba? Moja mamusia rzuciła się ku nim! Ku obcym osobom! Uchyliłam okno, owszem słychać było piski i jakieś pokrzykiwania. I one będą tak przez pół godziny?! Kto to jest?! Pobiegłam spojrzeć na drugą stronę bloku, pusto, ani śladu Witka, żadnego samochodu a tam akcja już rozpoczęta!

Miotałam się rozdzierana chęcią runięcia na dół i zabrania mamy z tej pomyłki, choć one sobie padały w objęcia!!!

Biegałam od jednego okna do drugiego, ogłupiała i przerażona. Od drugiej strony nic się działo, choć w ciemności jakby coś się kotłowało na tej osiedlowej uliczce. Blask od okien był za wątły, by zobaczyć co tam się dzieje.

Byłam zrozpaczona, wszystko na nic...

Według mojego zegarka za minutę miała nadejść godzina zero.

Nagle usłyszałam okropny rumor, dziwny hałas, jakby gdzieś blisko. Wyjrzałam od strony, gdzie ciągle miotała się mamusia i ta jakaś baba. Oniemiałam! Z bloku, ze wszystkich klatek wyskakiwali ludzie i biegli do ulicy tratując trawniki!

Otworzyłam drzwi na schody i zobaczyłam pędzącego z góry sąsiada.

- Co się...!? - ryknęłam mało kulturalnie.

------------------------------------------------------------------------------------

PS. Przepis na kanapeczki.

Długa bułka kanapkowa, lepiej dwie (kanapki znikają same!), masło, puszka śledzi parowanych w oleju (dla mięsolubnych) pasztet sojowy (dla wege) plus kilka kropli oliwy, oraz:

pomidorki, ogórki kiszone, konserwowe, świeże, cebulka biała drobniutko posiekana, szczypiorek, rzodkiewki, sałata i co tam jeszcze mamy w domu, plus keczup i majonez, ewentualnie przyprawy, choć nie są konieczne. Sól.

Bułkę kroimy niezbyt grubo, smarujemy masłem (nie jest to konieczne, ale dodaje smaku).

Śledzie rozgniatamy widelcem na jednolitą masę. Do pasztetu sojowego dodajemy odrobinę oliwy i także rozgniatamy na masą.

Tak otrzymanymi pastami smarujemy bułkę, dekorując przygotowanymi warzywkami, starając się je dobierać, tak, by pasowały do siebie (np gdzie biała cebulka, to nie szczypiorek itp) i kanapki różniły się kolorystycznie. Można dekoracyjnie nakapać majonezu i zamiennie keczupu.

Smacznego!

.