środa, 06 maja 2009
Poszukiwania nam kulały na obie nogi, nawet wszystkie cztery. Miałyśmy zajęcia, niektóre związane z przymusem szkolnym, gniotem rodzinnym, któremu się wydawało, że jak nas nie widzi nad zeszytami, to jutro nasz wyrzucą za szkół. Na dokładkę posypały się zamówienia na sukienki i swetry.
W tle ciągle pikała nadzieja na cud w postaci Witka zgłaszającego się do nas.
- Słuchaj, a może on jest nieśmiały? - powiedziała Tenia, mieszając herbatę w "naszej" kawiarni.
- Daj spokój, mi chodza po głowie różne myśli, być może on nie zdaje sobie sprawy, że my nie mamy adresu? Błagam! Nie myślmy, tylko szukajmy go!
Wolałam nie rozpamietywać utraconych włóczek, bo to była naprawdę potężna strata finansowa. Nie dość, że same zagraniczne, co wtedy wywoływało dreszcz upojenia, bo kawałek jakby zakazanego świata i innej jakości, to kupowane za żywe dolary nabywane nielegalnie. O tym, jak kupowałam pierwszy raz zagraniczne bilety bankowe w zielonym kolorze powinnam zamilczeć na wieki, bo zrobiłam z siebie idiotkę dużej klasy. Wiedziałam mętnie bardzo, że tacy jedni je sprzedają pod bankiem pekao, wiec udałam się tam i wytrzeszczyłam oczy na wszelkie strony. Zdawałam sobie sprawę, że nie to nie może być kiosk, nikt nie będzie podpisany, ale jak i po czym poznać cinkciarza?! Przechadzałam się pod bankiem długo, determinacja we mnie była potężna, bo nie włóczki chodziło - a o coś tak zwykle-niezwykłego jak... mydło. Mydło, mówię takie do mycia w kostkach. Tamten ustrój wydzielał mydło na kartki, jeden kawałek na dwa miesiące!!! Za to tylko powinni wszyscy tamci decydenci zostać skazani na karę śmierci, nic mniej!!! Tego im nie daruję i żadne chrześcijańskie miłosierdzie mi nigdzie dla nich nie siedzi! 
Przechadzałam się chyba z godzinę, nikt mi nie pasował na sprzedawcę, wreszcie zrównał się ze mną jakiś chłopak i wygłosił w powietrze:
- Tam, z boku banku, w tej uliczce - ruchem głowy wskazał kierunek.
Łypnęłam i zobaczyłam sporą grupkę, która do mnie machała radośnie i śmiała się! Oni mnie obserwowali i robili zakłady, kiedy wpadnę na to, żeby zrezygnować z defilowania przed frontem...
Potem sprzedali mi te dolary po promocyjnej cenie, nabyłam mydło w dużej ilości, jeszcze mi zostało, więc kupiłam włóczkę i... przepadłam! 
Z drugiej strony te wspaniałe, tak zwane efektowne, włóczki jak dla mnie mają małe zastosowanie, same w sobie fantazyjne ograniczają możliwości dziewiarki, więc wolę przędze zwykłe, gdzie dużą rolę gra gatunek, grubość i kolor a reszta należy niepodzielnie do mnie.
Wieczory spędzałam nie na rozrywkach, jak większość rówieśników a na dzianiu. Moja mama dzielnie działa także. Siedziałyśmy zwykle pod wielką lampą do późna w noc, jęcząc, że nie mamy po dodatkowej parze rąk, że gorąco pod tymi zwałami wełny, że nalepiej byłobyć robić nago na tych drutach... 
Tego się bałam cały czas.
- Słuchaj, a ty masz zamiar podarować te wszsytkie włóczki, temu, jak mu tam? Witkowi? 



piątek, 01 maja 2009

Bawełna, len, akryl, wiskoza, jedwab - to surowce lubiane latem. Sweterek, bluzeczka z bawełny plus ażury i mamy modę i wygodę w jednym. Dzianinowe topy lubimy bardzo, a na wieczory letnie, nad wodą, w górach, na jeziorach zawsze poecamy cieniutkie jak mgiełka sweterki koronkowe.

Wiele osób jednak unika przejrzystych bluzek, wzdychając z żalem. Przciskane pytaniami odpowiedzi udzielają różnych: że stanik widać, ramiączka, że to już nie ten wiek, że nie wypada...

Na wszystko jest rada, nawet na wiek! Panie, które twierdzą, że to już nie dla nich nie muszą nosić topików na ramiączkach, krótki rękawek, mniejszy dekolt - nawet w największe upały będzie przyjemnie, gdy bluzeczka bawełniana, nawet z mniejszymi ażurkami.

Na stanikowe dylematy jest kilka rad. Panie z mniejszym biustem mogą używać stanika-bandamy - są one w różnych kolorach. Kto musi musi nosić solidny stanik, niech kupi na lato kolorowe, lub używa takiego od opalacza. Problem ramiączek można rozwiązać kupując kolorowe. Najgorsze rozwiązanie to niby niewidziane silikonowe ramiączka - budzą we wszytkich negatywne wrażenia. Lepiej już zaopatrzyć się w króciutką "podkoszulkę" ukrywającą i stanik, i ramiączka. Sprawdza się w tej roli naturalny jedwab.

W pięknych okolicznościach przyrody można tak nie przejmować się detalami, po to w końcu jest lato, jest luz!

20:44, dzianamafia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 kwietnia 2009
Obudził mnie chłód i coś iście obrzydliwego, co mi się przylepiło do policzka! Poderwałam się niemrawo, czując że wszystkie członki mam nieprzyjemnie zdrętwiałe. Od policzka odpadł foliowy worek przynależny do jakiejś włóczki. Za oknem było jeszcze ciemno, pomału docierały  wczorajsze wydarzenia. Powlokłam się do kuchni, lekko wstrząsnął mną niesamowity, wprost upiorny bałagan, niepodobny do zwyczajów mamy! Nastawiłam wodę. Po prysznicu i kubku zielonej herbaty zebrałam się w garść. Zrobiłam piękny makijaż, a ponieważ było jeszcze sporo czasu, wykopałam sobie trochę wolnej przestrzeni i zabrałam się za sukienkę podgryzana przez wrażenie, że powinnam się uczyć, zadania jakieś odrabiać? Z okazji kontroli, czułam się zwolniona ze szkoły - a sukienka była pilna, klientka czekała! Przerabiałam okrążenie za okrążeniem a te dwie z urzędu nie przychodziły. 
Przyszły, kiedy zrobiłam trzecią kawę i już, już mnie szlaczek trafiał, bo bałagan nieziemski denerwował. W kuchni zrobiłam porządek, bo to nic nie miało do kontroli, ale u siebie nie mogłam. Otóż okazało się - mogłam! Te dwie wyraziły niezadowolenie, że nie posprzątałam! Coś mnie zaczynało dławić. 
W ogóle nie interesowały się moimi zapasami więcej, poleciły zrobić remanent, zajęły się papierami, cała stertą papierów i jak mi się udało podejrzeć nie moimi!!! Na dodatek zażądały pomocy w liczeniu czegoś na kalkulatorze. Powiedziałam bez miłosierdzia, pozorując smutek, że nie umiem. Kawy im nie żałowałam, jednak byłam coraz bardziej wściekła! O, żebyż choć pozwoliły mi robić tę sukienkę dalej! 
Podsunęły coś do podpisu, zabrałam i zaczęłam czytać. Kilka stron idiotyzmów, ale zamilkłam, bo rozumiałam, że się po tym akcie wyniosa. Znudzenie mnie wprost męczyło, byłam gotowa podpisać nawet wyrok śmieci własnej, żeby tylko sobie poszły!
I wyniosły się!
Odetchnęłam nieco nad kolejną kawą.
- No to teraz te włóczki mogą do ciebie wrócić - gromko oznajmiła mama patrząca przez okno, jak dwie się oddalają.
Poczułam chłód w środku ale niby beztrosko powiedziałam:
- Nie ma pożaru, tam były te najdroższe, teraz mi nie potrzebne - i treść tego dotarła jak miecz przeszywający!
Konieczność zobaczenia się z Tenia, albo Danusią nakazała pognać czym prędzej. Wychodząc, już przytomniej, skierowałam się do apteki, Tenia przecież mogła być jeszcze w szkole.
Wyjawiając głupotę i błagając o ukrycie prawdy przez moją mamusią, jednocześnie czekałam na radę.
- Oj, przecież to taki miły chłopiec? Wpadnie pewnie lada chwila tutaj - powiedziała z niezachwianą pewnością.
- Miły, na oko miły, jak pchła w gaciach - zaburczałam - i jaki chłopiec?! Ma swoje lata, aha zapamietałam jego datę urodzenia! Ale co z tego...
- No może dla was stary - westchnęła poprawiając odruchowo włosy - ale dla mnie młody jest! - Jak tylko przyjdzie dam znać. Może jest zajęty, może wyjechał gdzieś?

Nadzieja zdychała powolutku. Ta sama Danusia, z początku tak pewna pospiesznej wizyty w aptece, pomstowała najbardziej.
Po jakimś czasie, imitując wspólną naukę geografii, siedziałyśmy nad planem miasta.
- Żeby oni pękli, tyle ulic na jot! Chociaż ja jestem pewna, że to było Ja... ale co dalej ?!
- Weźmy wszystkie Ja - Tenia sięgnęła po notes - powoli się zwiedzi. 
- Jana Sebastiana Bacha - wiesz, bierzmy po pięć i każda osobno, to będzie szybciej.
- A Niko gdzie się podział?
Westchnęłam zrzucając kartki ze stołu. Niko był od nas znacznie starszy, pełnił chetnie funkcję naszego brata, co było poniekąd naturalne, wychowywaliśmy się w tych samych okolicach, znaliśmy od zawsze. 
- Nie wiem, ja za nim nie latam, zniknął. 
Po wykonaniu katorżniczej roboty, a mianowicie podzieleniu miasta między siebie, co trwało kilka dni, zaczęłyśmy odbywać wycieczki, już to piesze, już to dostępnymi środkami komunikacji miejskiej.
Czas nieubłanie płynął, mamusia natrętnie dopytywała się o włóczki, nadpływały nowe zamówienia na sukienki a szkoła dusiła i straszyła maturą.
Rezultaty naszych wycieczek wkrótce odsunęły wszystko w cień. 
To miasto ma mnóstwo ulic na Ja... ulica Jana Sebastiana Bacha i Jajcarska - niech skisnę także!  

wtorek, 21 kwietnia 2009

 

Zamim odwrzasnął:
- ALARM!!!
Zrozumiałam to zjawisko dobrze mi znane przecież. Ojciec wiele razy był budzony, w pościechu wybiegał z domu. Ogarnęło mnie gorąco tropikalne, na moment zamarłam, słuchając obudzonego na klatce schodowej echa: ammm, am.... aaaa.....
Tupot i rumor nie milkły.
Sama nie wiem jak to się stało, chyba zwyczajnie nie pomyślałam, że to takie ciężkie, bo pierwszy wór cisnęłam w tę prawie ciemność bezwiednie. Czym prędzej wyjrzałam myśląc poniekąd wstecznie, że przecież ktoś mógł pod tym oknem stać! Choćby Witek, ale czy on już jest?! Oczy wylazły mi szypułach i szperały po ziemi z ciemnościach. Latarnia solidnie przygłuszona szmatą nie dawała szans. Coś jednak w tych ciemnościach jakby poruszało się, zupełnie jak dzikie świnie, no dziki, pomyslałam idiotycznie, bo z góry widać było tylko jakieś obłe przemieszczające się kształty.
Świnie, nie świnie, rzucaj durna!
Z następnym worem nie poszło mi łatwo, ledwo go postawiłam na parapecie. Z lekka przytrzymując jedną dłonią, drugą macałam jak najwygodniej chwycić i zrzucić. Już, już miałam to robić, gdy poczułam coś niesamowitego!!! Ktoś??? Coś??? Złapało mnie za przeproszeniem, za tyłek, czułam że się odrywam od podłogi i za chwilę wylecę przez okno!!! Wydałam z siebie dźwięk, który mnie samą przestraszył, urwał się w początkach, bo ktoś nazywając mnie idiotką, zatkał mi gębę ręką. Osłabła z wrażenia pojęłam, że nadeszły posiłki, Danusia i moja rodzicielka porzuciły wygłupy i przyszły - no właściwie po co?! Sycząc do siebie różne inwektywy z informacjami na przemian, dowiadywałam się, że chciały mnie potrzymać, żebym nie wypadła za okno, nieco mnie pomyliły z workiem... Wspólnymi siłami z uwagami typu: nie sap tak głośno, bo się ludzie obudzą, wyrzuciłyśmy wszystko. Wytężąjąc wzrok i widząc, nie powiem co, bo usiłuję być kuturalna i dobrze wychowana, czekałyśmy we trzy już to na powrót Teni, już na jakiś znak widomy Witkowego odjazdu. Czekałyśmy tak ze dwa wieki...Na dole była cisza. Nagle coś mi się przypomniało, podeszłam do kontaktu i zarugałam swiatłem... Po chwili usłyszałyśmy pomruk silnika, a Tenia czerwona i zziajana dołączyła do nas.
- Rany! Dlaczego rzucałaś tak blisko bloku?! Było mówione, że za linię krzaków??? Dlaczego tak długo nie dałaś sygnału, że to koniec?!
Rzuciłam parę słów, mało miłych pod własnym adresem, oraz wyjaśniłam, że nie jestem osiłkiem!
Oraz całe towarzystwo rzuciło się do kanapek. Siedziałam jak ogłuszona, akcja mnie wyczerpała do cna, poza tym dręczyło mnie coś i dręczyło.
- Teniu, widziałaś mój nowy nabytek?
Wywlekłam ją do mojego pokoju i pokazując byle co - głośno a szeptem zapytałam;
- Słuchaj, ty pamiętasz Witka adres?
Zrobiła okrągłe oczy.
- Nie? Przecież nie ja czytałam jego dowód?
Oparłam się o stół.
- Chyba równie dobrze byłoby wywalić na śmietnik gdziekolwiek, bez tego wszystkiego...
- Czekaj, jak on jest uczciwy, to przyjdzie do apteki?
- Wiesz jak się nazywają dzieci matki Nadziei?! Wydaje mi się, że to była ulica na jot, jak trafimy to poznamy ten idiotyczny garaż?
Tenia milczała. Milczała długo.
- Ile czekamy? Od kiedy będziemy latać po wszystkich jotach?!
- Nie wiem, ja muszę się przespać, jutro przecież dalszy ciąg kontroli!!!
Było mi wszystko jedno. Popatrzyłam na beznadziejnie zawalony różnościami tapczan, nogą podgarnęłam włóczki, materiały i cokolwiek było na podłodze i jak stałam osunęłam się na to wszystko...


 

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

  Robienie na drutach czy szydełkiem - to prawdziwa frajda i relaks. Niemniej... No, właśnie!

Większość dziejących to Panie, mające na głowie dodatkowo dom, dzieciaczki, nierzadko psa lub/i kota (lub ich wielokrotność), dodatkowo prowadzą własne firmy lub pracują. A doba ma jak wiadomo tylko 24 godziny. Choć patrząc na tempo prac niektórych osób zaczynam wątpić czy spać powinnam. ;P
Czasem bywa - porywamy się z motyką na słońce i okazuje się, że czas, który możemy danej robótce poświęcić jest niewystarczający i pora raku na którą efekt końcowy miał być przeznaczony właśnie minęła. A że moda ma swoje prawa – nie wiadomo, czy w kolejnym sezonie ten wzór i fason będą modne.
I tak co raz mniej czasu poświęcamy temu projektowi, zaczynamy podchodzić do niego z dużymi oporami. Co oczywiście skutkuje dalszym rozciągnięciem czasu i mamy nowy wyrób o nazwie „leżak”. Oczywiście niektóre z nas mówią o nich trupy z szafy lub jeszcze inaczej. No a jeśli okazuje się, ze robótka przerasta nasze umiejętności, to już poza etap leżakowania nie wychodzi.

Jestem osobiście ciekawa jaką nomenklaturę mają w waszym języku takie prace i ile ich macie,  Drogie Dziewiarki. Pytam nie tylko z ciekawości, chcę bowiem pokazać naszym szanownym klientom iż geniusz też w bólach się rodzi!
Żeby nie być gołosłowną – mój leżaczek wygląda tak.... ale się już za niego zabieram!!!! Słowo pisane zobowiązuje!

Pozdrawiam!
Iwona vel Sowikoj

Kliknij w obrazek, by go powiększyć!

10:32, dzianamafia , z warsztatu
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 kwietnia 2009

 

Powinniśmy napisać traktat "Wiekanoc a rękodzieło dawniej i dziś", bo o wyższości świąt już sporo się nadyskutowano.

Obecnie jak to jest wie każdy - oczywiście każdy, kto ręką dzieje - wie, że już po świętach Wielkanocnych, zaczyna się sezon bożonarodzeniowy i tak czas pędzi.

Kiedyś bardziej trzymano się określonego rytmu roku, co w sposób obrazowy przedstawił Reymont w "Chłopach". Życie, ludzkie losy zależały od tego, co robiono, czy nie robiono, od zdarzeń w określonych porach roku.

Wielkim Postem rządziły surowe reguły, to nie tylko post, ale także wiele innych zakazów, które decydowały o zachowaniu społeczności. Nie wolno było na przykład prząść - widocznie uchodziło to za rozrywkę, a wszelkie przyjemności były srogo zakazane. Wyjątkiem był Prima Aprilis, przywleczony z Zachodu. Kolejny dzień radości, innej bo pobożnej to Kwietna Niedziela, czyli Palmowa. Obowiązkowo trzeba było połknąć bazie - dziś wiemy, że zawierają kwas salicylowy, więc był to zabieg zdrowotny...

Palmy: małe i olbrzymie to wyjątkowy popis rękodzieła, ta piękna tradycja utrzymuje się do dziś, na szczęście. Palmy miały swoją moc i odpędzano nimi chmury burzowe.

W Wielki Piątek wieszano i znieważano śledzia, grzebano postny żur, a w kuchniach wrzała praca... Opisano słynną święconkę wojewody Sapiechy, w gdzie było, oprócz wagonów innego jadła 365 bab, jestem pewna, że wojewoda sam tego nie robił!

Nie może być Wielkanocy bez pisanek, kraszanek, ozdabianych własnoręcznie lub kupowanych na licznych kiermaszach.

My zwracamy większą uwagę na koszyczki ich wystrój, niż na zawartość. Serwetki do koszyków to często dzieła kunsztu wielkiego.

Innym ważnym rękodziełem jest, a raczej powinien być świątewczny obrus. Zauważamy, że za często zwraca się uwagę na stronę praktyczną - czy jest odporny na plamy, zgniecenia, niż na tradycję, a szkoda wielka, bo obrus stanowi o klasie stołu. Nie pomoże najdroższa zastawa, gdy obrus nie ma klasy.

***

Zespół Dzianej Mafii składa Wam najlepsze życzenia zdrowia, pogody ducha, bo ta zależy tylko od nas, wielu wielkich i małych radości!

Niech Wam się dobrze dzieje!

niedziela, 05 kwietnia 2009

 

 

DSCF5093

 

Tegoroczną Niedzielę Palmową spędziłam w Bardzie – odbywał się tam bowiem wspaniały III Jarmark Wielkanocny.

 

DSCF5102

 

Uroczystość rozpoczęła się o godzinie 10:00 konkursem palm wielkanocnych. Po procesji z palmami odbyła się uroczysta Msza Święta w Bazylice NNMP – oprawę muzyczną zapewnił, zaproszony na tę okazję do Barda, zespół muzyczny stowarzyszenia Boczki Chełmońskie. Łowiczanie wystąpili w swoich tradycyjnych strojach, zaprezentowali podczas Jarmarku nie tylko piękną muzykę, ale także rękodzieło i wyroby kulinarne.

 

DSCF5171

 

Po Mszy nastąpiło uroczyste otwarcie Jarmarku. Jedną z atrakcji był Żur Burmistrza, którego każdy chętnie próbował. Można było też podziwiać bogato zdobione stoły wielkanocne, spróbować i kupić specjały przygotowane przez okoliczne gospodynie. Rękodzielnicy wystawiali swe drewniane rzeźby, ceramikę i wyroby tkackie. Na placu kościelnym popisywali się swymi umiejętnościami szczudlarze, dzieci z radością oglądały owieczki w miniaturowym ZOO… Można było skorzystać z przejazdu bryczką po uliczkach Barda i spróbować szczęścia na loterii fantowej.

 

DSCF5200

DSCF5192

DSCF5197

 

Inicjatorką tej wspaniałej imprezy jest Magda Topolanek z Brzeźnicy, która pragnie wypromować Ziemię Bardzką. Tegoroczny Jarmark jest świadectwem, że jej wysiłki nie idą na marne.

 

DSCF5184

 

Dzień spędzony w Bardzie był bogaty we wrażenia – na pewno pojawię się tu na kolejnym Jarmarku!

 

DSCF5142

 

Więcej zdjęć:

http://picasaweb.google.pl/Anek73/JarmarkWielkanocnyBardo2009#

 

 

 

DSCF5113

sobota, 04 kwietnia 2009

 

W sobotnie przedpołudnie wybrałam się na Jarmark Wielkanocny, rozpoczynający się tego dnia na Rynku w Kłodzku.

 

DSCF5059

 

Na stoiskach można było obejrzeć – i oczywiście zakupić – różnorodnie zdobione pisanki, świąteczne stroiki, palmy, ciasta… Wśród wystawców – obok naszych rodzimych rękodzielników, prezentujących swe wytwory kół gospodyń i uczniów okolicznych szkół – znaleźli się także goście z Czech. W trakcie trwania imprezy można też było obejrzeć występy ludowych zespołów pieśni i tańca.

 

DSCF5052

 

Tym razem moje największe uznanie zyskały wyroby może mało świąteczne, ale jakże piękne! Na jednym ze stoisk ujrzałam bowiem wspaniałe świece, będące dziełem pana Piotra Wilkańca ze Świdwina. Jedna z nich już zdobi moje mieszkanie…

 

DSCF5035

 

Szkoda tylko, że w tych samych godzinach zaplanowano otwarcie kłodzkiej Galerii – być może frekwencja mieszkańców na Jarmarku byłaby większa…

 

DSCF5000

 

Więcej zdjęć:

http://picasaweb.google.pl/Anek73/JarmarkWielkanocnyKOdzko2009#

 

 

poniedziałek, 30 marca 2009

Przeglądając swoje notatki dotyczące kiermaszów i jarmarków, w których biorę udział co jakiś czas a na których prezentuję poza biżuterią swoje ( i nie tylko swoje) dziane wyroby naszły mnie refleksje. Po roku czasu wpisy te mają wartość nie tylko sentymentalną. Tworzą doskonałą kronikę naszego życia. Zobaczcie jakie kontrasty nas otaczają.

Z jednej strony ogromnie luksusowe budynki - domy handlowe, w których często są hotele, kasyna, multikino, bardzo ekskluzywne butiki (przepiękne buty na wystawie sklepu X za jedyne 3.800zł - słownie trzy tysiące osiemset złotych), z drugiej strony w bardziej lub mniej kameralnej atmosferze jarmark rękodzieła - namiastka dawnych jarmarków? Kontrast olbrzymi wydawałoby się, ale wierzcie mi to na prawdę doskonale harmonizuje dzięki przytulnie zaaranżowanym kawiarenkom czy stoiskom wystawców. Przez rękodzieło rozumiem nie tylko dzianiny, ale wszelkie kołderki, poduszeczki, laleczki, rzeźby, malowane czy ozdabiane metaloplastyką szkło, drewniane wycinanki i ceramikę, biżuterię, koronkę frywolitkową, malowane jajeczka gęsie itp...
Z drugiej strony klient – student i klient bardzo zamożny, starsze Panie emerytki, nauczyciele. Na prawdę przekrój społeczeństwa - i każdy coś dla siebie znalazł :). Możliwości do rozmów oraz potargowania się z twórcą. Może takie kontrasty pomagają? Klient bardzo zamożny - nie lubi być nagabywany w takich miejscach (ani żadnych innych) lubi sam wybierać. A klient skromniejszy - czuje się dowartościowany - kupił coś w miejscu ekskluzywnym - czyż nie? Lubi by z nim bez pośpiechu porozmawiać. Myślę, że jest to zachowanie zupełnie podświadome - ale to tylko moja teoria.
Doskonałymi klientami są zagraniczni goście hotelowi. Cały jeden wieczór spędzili na jarmarku, bez pośpiechu oglądając wyroby wszystkich rękodzielników. Pytając o źródło pochodzenia, motywy, możliwości zmian czy dorobienia niektórych elementów. Żywo interesował ich proces twórczy i to pomimo barier językowych. Porównywali ceny również, ale i szukali unikalnych produktów.

Pięknie malowane w ptaki różnych gatunków jaja gęsie cieszyły się olbrzymim powodzeniem. Podobnie kapy, szydełkowe zajączki czy czapeczki również. I myślę, że wtedy jest się dumnym, że to nasze polskie wyroby są. Nasze poczucie piękna.
Szkoda, że tak rękodzieło słabo doceniane jest przez Polaków - kompleksy - „polskie - gorsze”, ale im dłużej obserwuję ludzi w takich miejscach - tym bardziej widzę co raz bardziej wzrastającą świadomość odrębności, niepowtarzalnego piękna i ciepła jakie dają przedmioty ręcznie tworzone.
Przecież laurki od naszych dzieci przechowujemy latami - właśnie dla tej często nieporadności, niepoprawności, bo widzimy jak wiele pracy w nie włożyły. A w rękodziele - często mistrzowsko wykonanym - pasji jest równie wiele. I chyba to dodatkowo dodaje pozytywnej energii.
No i nie czarujmy się - każdy z nas lubi być trochę snobem i mieć coś jedynego i niepowtarzalnego. Dlatego namawiam wszystkich - twórzcie! Jeśli nie na sprzedaż to dla siebie i rodziny. Poczujecie się na prawdę wspaniale!!!

I to by było na tyle w temacie dygresji okołojarmarkowych :) - dziękuję za dotarcie do końca tekstu po większą ilość informacji zapraszamy na forum mafii.


Z autopsji retrospekcje podsumowała dla Państwa

Iwona vel sowikoj

autorzy zdjęć: sowikoj, Dagny, Koroneczka

 Święto Podgrzybka - Międzychód

Gorzów - Przegląd Powiatów

Gorzów - Jarmark Askańczyków

Altus

 

 

 

niedziela, 29 marca 2009

 

W sobotę 28 marca bieżącego roku wybrałam się do Kudowy Zdrój na XII Spotkania Tradycji Wielkanocnych Ziemi Kłodzkiej.

 

DSCF4415

 

Można tam było obejrzeć wielkanocne stoły – wspaniałe, bogato przystrojone i obfite w potrawy. Mnogość prezentowanych tam wspaniałości, po ponad godzinnej wędrówce między suto zastawionymi stołami, powodowała nawet pewien przesyt wrażeń.

 

DSCF4419

 

Dużym mankamentem tej – jakże wspaniałej imprezy – było miejsce. Sale Teatru Zdrojowego były zbyt małe, aby pomieścić taką liczbę prezentujących się osób oraz gości. Wszystkim mocno dokuczała dość wysoka temperatura, a fotografom – mizerne oświetlenie. Mimo tych niedogodności – impreza była wspaniała.

 

DSCF4600

 

Na szczególną uwagę zasługiwały – podobnie jak w ubiegłym roku – pisanki, które wykonuje pani Mariola Matła z Różanki. Zresztą nazwanie jej dzieł pisankami zakrawa po trosze na bluźnierstwo – są to bowiem miniaturowe dzieła sztuki, wspaniałe klejnoty...

 

DSCF4543

 

DSCF4544

 

DSCF4546

 

DSCF4547

 

DSCF4548

 

Wszystkie prezentowane stoły były wspaniałe – współczuję osobom, które musiały wybrać najpiękniejszy. Na mnie duże wrażenie zrobiła dekoracja z Wambierzyc – bardzo oryginalna pisanka zbudowana z kilkudziesięciu jajek oraz kosze ozdobione skorupkami. Ciekawy był też ogromny stelaż w kształcie jajka. Na wielu stołach mogłam także podziwiać pisanki wykonane moją ulubioną techniką – barwione w łupinach cebuli i wyskrobywane nożykiem. Niektóre z nich były dziełami prawdziwych mistrzów.

 

DSCF4504

 

DSCF4592

 

DSCF4421

 

Niech i nasze tegoroczne wielkanocne stoły będą tak bogate – zasiądźmy przy nich w radości i spokoju.

 

DSCF4529

 

.