czwartek, 12 marca 2009

Nie słuchaj męża, kiedy mówi, że Twoja szafa jest pełna!

Czy już kiedyś była wiosna 2009 roku?! Nigdy w życiu! On tego nie rozumie?! Podobnie jak tego, że każdego roku, przybywa nam rok, odkłada się nam na metryce i już nigdy się nie cofniemy ani, ani! Czy to nie jest powód, żeby kosztować jedynej, w dodatku nieszkodliwej dla zdrowia przyjemności?! Czy modę można przedawkować?! Mówimy tu rzecz jasna o jednostkach rodzaju żeńskiego, rozsądnych w ludzkich granicach.

Dlaczego więc żałować sobie nowego ciucha? Aha, portfel robi się chudy? A czy on był kiedyś gruby??? A żyjemy? Z głodu nie padłyśmy?

Dlaczego więc nie wyglądać szałowo tej wiosny, unikalnej i jedynej, bo już nigdy takiej nie będzie? Nie odsyłajmy naszego świetnego samopoczucia  do jakiegoś tam  "potem"! Potem się zestarzejemy, będziemy  rozsądne, damy sobie wmówić, że nasza szafa pęka w szwach!

PS.Nie zapominajcie o Dzianej Mafii, my Was odziejemy modnie i to tak, że koleżance oko zbieleje!

niedziela, 08 marca 2009

Na początku pytanie jak z ankiety: co wiedzą państwo na temat cechów rzemiosł? Nie, nie tych średniowiecznych, współczesnych.

Być może plączą się po nas szczątki szkolnej wiedzy, kiedy uczono nas, że już od wczesnego średniowiecza przedstawiciele różnych zawodów zrzeszali się, tworzyli coraz bardziej zorganizowane związki, zwane cechami. Miały one swoiste struktury, własne insygnia, w tym tak zwane gmerki, czyli cechy - specjalne znaki do sygnowania dokumentów, wykonywanych prac.

Z pewnością wiele osób zna powiedzenie: wystroił się jak stróż w Boże Ciało. Na ogół o kimś niestosownie lub przesadnie wystrojonym. Rodowód tego powiedzenia tkwi w warszawskim bodajże, cechu stróży, który słynął z wielce paradnego przyodziewku używanego podczas różnych uroczystości. Cechowe władze miały bowiem prawo do własnych, charakterystycznych szat.

Jednak nie o tym mowa, a o czasach współczesnych, tu i teraz. Co wiemy o cechach rzemiosł dziś? Ogólnie nic nie wiemy, ale zapewniam, że istnieją i to w dużych ilościach. Jeśli ktoś bardzo uważnie śledzi wiadomości, to nawet na ich temat pojawiają się takowe, z rzadka, z reguły na jeden temat, kiedy domagają się przymusu przynależenia do nich (cechów, znaczy się), postulują posiadanie atestów, zdawania egaminów na krawca na przykład, wszystko w imię umiłowania klientów i ich zadowolenia. Tak, cechy oczywiście chcą przymusu, bo za tym idą przymusowe i niemałe składki. I na tym koniec. Naprawdę, proszę mi wierzyć, specjalnie się starałam znaleźć coś pozytywnego na ten temat i nie udało mi się! W roky 2007 była próba podniesienia sprawy rzemiosła w sejmie, ale upadła, więc nie ma o czym mówić.

Kolejne władze kraju zatrzymały się umysłowo na etapie nauki wczesnoszkolnej (dobre i to...), więc dla nich rzemieślnik, to ciemny szewc, przybijający fleki w zatechłej norze (przepraszam najmocniej wszystkich szewców!), więc sprawa marginesowa i o czym tu mówić. Pomijam fakt, że niektóre rzemiosła korzystają z najnowszych technologi i nawet je tworzą, zajmę się rękodziełem.

Czy ktoś kiedyś przeprowadził badania, jakie znaczenie może mieć rękodzieło dla rynku pracy, aktywizacji zawodowej? Z reguły przy tym myśli się o kobietach, które chyba chętniej wykonują pracę w domu, mogąc przy tym zamować się dziećmi. Bardzo słusznie, choć taka praca nie może być wydajna w pełni, bo opieka i prowadzenie domu zabierają dużo czasu. Jest jednak pewne, że wiele, nawet bardzo wiele osób byłoby uszczęśliwionych, mogąc zarabiać siedząc w domu, niekoniecznie parając się rękodziełem, jest mnóstwo profesji, które na taką pracę pozwalają. Czy ktoś komuś broni tak właśnie zarabiać na życie? Teoretycznie nic i nikt, w praktyce na śmiałka spada gilotyna biurokracji, opłat, podatki, plus ZUS. Na śmiałka, który - uśliślę - decyduje się na działalność gospodarczą jednoosobową, a przy tym jego rękodzieło jest na tyle pracochłonne, że mało wydajne. Działając, czyli sprzedając bez działalności rękodzielnik żyje w strachu, niemiłych uczuciu, że popełnia przestępstwo.

Teraz powinny nastąpić pytania, retoryczne i skierowane gdzieś do góry ustawowodawczej, więc zwykłemu śmiertelnikowi, nawet rozmnożonemu do paru tysięcy sztuk, niedostępnej.

Dlaczego nie można uprościć spraw i stworzyć statusu firmy małej, nie takiej jak teraz - że mała, to do 50 zatrudnionych! - ale powiedzmy jedno-pięcio osobowych?!

Bez konieczności prowadzenia szczegółowej ewidencji, z możliwościa brania paragonów ze sklepów jako dowodu zakupów, bez przymusowego ZUS i z symbolicznym podatkiem, bez utraty otrzymywanych świadczeń, typu renty, emerytury. Byliby chętni do skorzystania na takich warunkach?

Dla państwa wynikałyby z tego liczne korzyści:

- aktywizacja zawodowa dużej grupy, w tym kobiet, niepełnosprawnych, osób starszych

- szansa, że jakaś część z tych malutkich warsztaów rozwinie się w większe i zatrudni ludzi

- nastąpi rozwój szkoleń, praktyk w nowych-starych zawodach

- wzrośnie poziom wzornictwa, bo będzie więcej warsztatów i twórcza konkurencja.

Brzmi jak bajka, prawda? Jest pewna droga, nazywa się inicjatywa obywatelska, dla tych którzy kochają pracę w kamieniołomach, ale jeśli ktoś będzie zbierał podpisy, to ja chętnie.

Powyższy felieton prezentuje moje osobiste poglądy, a nie całej Dzianej Mafii

wtorek, 03 marca 2009

Jadłam kanapeczki i próbowałam uspokoić się za wszelką cenę. Przez głowę przelatywały mi liczne obrazy, wspomienia, budząc zdumienie, jak można w ciągu mgnienia przypomnieć sobie tak dużo.

 

Do tej pory uważam, że nigdzie na świecie nie ma tak pieknych, dzikich łąk jak te nadwiślańskie między Józefowem nad Wisłą a Annopolem! Kołyszące się trawami i wszelkimi ziołami, z czajkami płynącymi po niebie, a i orzeł się zdarza.

Wytarczyło zawiązać kłosy traw, żeby powstał wigwam, witka wierzby zamieniała się w łuk lub szablę według potrzeb. To właśnie tam pierwszy raz w życiu zastanawiałam się na tym, kim chcę zostać i bez wahania odpowiadałam: pastuchem! Bardzo długo we mnie to pragnienie tkwiło. Pastuch, pan Fornalczyk, był postacią wielbioną przeze mnie w sposób szczególny. Majestatyczny w swojej długiej pelerynie prowadził całą gromagę zwierząt; krowy, owce, konie na łąkę i pilnował cały dzień. Wieczorem to towarzystwo wracało samo do swoich domów, a ja uwielbiałam stać na środku drogi, bo zwierzaki się rozstępowały i biegły wokół mnie. Proceder uprawiałam do momentu, kiedy to zobaczył dziadek i dał mi klapsa, jedynego ale pamiętnego na całe życie. Potem złapałam cielę na lasso...

Rozejrzałam się po pobojowisku, wyciągnęłam sporą belę granatowej, grubej materii. Udarłam kawał mniej więcej kwadratowy. Teraz spojrzałam do "świętej" szuflady z narzędziami, gdzie był wzorowy porządek i masa różności, których broniłam przed wszelkimi zakusami. Wydłubałam niezwykle ciężkie, więc z pewnością ołowiane, arabskie ozdoby, przyszyłam po jednym takim ciężarku do każdego rogu granatowej szmaty. Zważyłam w dłoni, może być.

Stanęłam w szeroko otwartym oknie - niestety nie miałam pola na odpowiednio duży rozmach. Już zdążyłam sobie wyobrazić jak wieksza połowa człowieka wisi za oknem, reszta pozostaje na terytorium pokoju obciążona dokoła talii workami z piaskiem, powstrzymałam głupi chichot i przeniosłam się do drugiego pokoju i na balkon.

Liczyłam, że teraz będę mieć szczęście i przyda się dzieciństwo spędzone w charakterze Kozaka skrzyżowanego z Apaczem, na nadwiślańskich łąkach i sadach.

Latarnia świeciła, blask był zabójczy dla planu. Obliczyłam dystans, wychyliłam się ile tylko mogłam i rzuciłam! Szmata popłynęła w powietrzu lekko się obracając wokół osi. Grzechot ozdobnych ciężarków o betonowy słup i ciemność, obwieściły sukces!

Czym prędzej zniknęłam z balkonu.

Zegar nieubłaganie, acz wolno szedł naprzód. Została prawie godzina do umówionego hałaśliwego powitania, kiedy ujrzałam moją mamusię gotową do wyjścia.

- Jeszcze za wcześnie - jęknęłam.

- A jak one przyjadą wcześniej?! Postoję sobie przy ulicy, tam jasno jest.

- Ratunku, co ty będziesz tak na ulicy w nocy wystawać pod latarnią, co ludzie pomyślą - gadałam przerażona, bo jednak akcja miała wyglądać spontanicznie.

Argument, "co ludzie pomyślą" zadziałał i udała się czekać przy oknie, jak z kolei po przeciwnej stronie sprawdzałam czy wszystko zapakowane, worki zawiązane. Próbowałam jeden przesnąć i zamarłam bez ruchu...

Wory były potężne, upchane doskonale, bo to była moja specjalność, a ja miałam przecież ciskać je z okna, no z parapetu i to tak, żeby upadły nie pod samym blokiem a ciut dalej, za linią krzaków!!! Oparłam się o ścianę, czując jak robi mi się gorąco... Znowu musiałam się opanować ze wszystkich sił i włączyć szare komórki, które spanikowane tłoczyły się prawie w gardle.

Są takie sytuacje, że doznaje się gwałtownego i prawie nieludzkiego przypływu sił... Mnie w tym celu trzeba zdenerwować, porządnie tak. Już wiedziałam co mnie zdenerwuje najbardziej, bo zawsze działało, pomagając na przykład odkręcić wyjątkowo oporne słoiki...

Z rozmyślań wytrącił mnie nerwowy głos mamy, który zabrzmiał, jak podczęstochowska kolubryna:

- Już są!

I zniknęła wylatując z mieszkania.

Coś mi przeraźliwie się nie zgadzało, było jeszcze za wcześnie! Spojrzałam przez okno i zrobiło się jeszcze gorzej...

Przy krawężniku stała taksówka (skad one wzięły taksówkę?! bo wtedy ich było okropnie mało) a z niej właśnie wysiadała jakaś olbrzymia, obfita kobieta z dzieckiem chyba? Moja mamusia rzuciła się ku nim! Ku obcym osobom! Uchyliłam okno, owszem słychać było piski i jakieś pokrzykiwania. I one będą tak przez pół godziny?! Kto to jest?! Pobiegłam spojrzeć na drugą stronę bloku, pusto, ani śladu Witka, żadnego samochodu a tam akcja już rozpoczęta!

Miotałam się rozdzierana chęcią runięcia na dół i zabrania mamy z tej pomyłki, choć one sobie padały w objęcia!!!

Biegałam od jednego okna do drugiego, ogłupiała i przerażona. Od drugiej strony nic się działo, choć w ciemności jakby coś się kotłowało na tej osiedlowej uliczce. Blask od okien był za wątły, by zobaczyć co tam się dzieje.

Byłam zrozpaczona, wszystko na nic...

Według mojego zegarka za minutę miała nadejść godzina zero.

Nagle usłyszałam okropny rumor, dziwny hałas, jakby gdzieś blisko. Wyjrzałam od strony, gdzie ciągle miotała się mamusia i ta jakaś baba. Oniemiałam! Z bloku, ze wszystkich klatek wyskakiwali ludzie i biegli do ulicy tratując trawniki!

Otworzyłam drzwi na schody i zobaczyłam pędzącego z góry sąsiada.

- Co się...!? - ryknęłam mało kulturalnie.

------------------------------------------------------------------------------------

PS. Przepis na kanapeczki.

Długa bułka kanapkowa, lepiej dwie (kanapki znikają same!), masło, puszka śledzi parowanych w oleju (dla mięsolubnych) pasztet sojowy (dla wege) plus kilka kropli oliwy, oraz:

pomidorki, ogórki kiszone, konserwowe, świeże, cebulka biała drobniutko posiekana, szczypiorek, rzodkiewki, sałata i co tam jeszcze mamy w domu, plus keczup i majonez, ewentualnie przyprawy, choć nie są konieczne. Sól.

Bułkę kroimy niezbyt grubo, smarujemy masłem (nie jest to konieczne, ale dodaje smaku).

Śledzie rozgniatamy widelcem na jednolitą masę. Do pasztetu sojowego dodajemy odrobinę oliwy i także rozgniatamy na masą.

Tak otrzymanymi pastami smarujemy bułkę, dekorując przygotowanymi warzywkami, starając się je dobierać, tak, by pasowały do siebie (np gdzie biała cebulka, to nie szczypiorek itp) i kanapki różniły się kolorystycznie. Można dekoracyjnie nakapać majonezu i zamiennie keczupu.

Smacznego!

wtorek, 24 lutego 2009

Przed samym blokiem mądrze wyhamowałam, wyrównałam oddech, przepowiedziałam sobie wersję

dla mamy. Nie mogłam jej powiedzieć o udziale obcego faceta w tej akcji!!! I tak już wieszczyła bez

ustanku:
- Ty się doigrasz, zobaczysz.
Przy czym nigdy nie precyzowała, co mianowicie zobaczę, a ja nie byłam dociekliwa. Oraz nie

wypominałam jej, że to właśnie ona "się zaczęła" z tym całym szaleństwem kupowania włóczek i nie

tylko...
Witek musiał przedzieżgnąć się w znajomego Danusi, to zostało uprzednio postanowione.
Zdałam więc relację, ustaliłyśmy szczegóły i mama rzuciła się naszykować coś do jedzenia, bo

wszyscy będą głodni, a ja do pakowania. Czasu było teoretycznie dużo...
Weszłam do pokoju stanowiącego teren mojej firmy, westchnęłam, poodsuwałam tylko nieco

wywalone na żądanie komisji, rzeczy z szafek, otrzymując wąską ścieżkę i zabrałam się do

napełniania worków.
Pchałam tam głównie włóczki, ale także dużo nici do haftu, kordonki, atłaski, tak zwane nici tureckie

lśniące jedwabiem. Wszystko bowiem u mnie zaczęło się od haftu. Cofając się do najwcześniejszych

lat, przypominałam sobie mamę haftującą obrusy, moje sukieneczki. Potem zapamiętałam cudo w

domu Babki: wielki kufer przykryty czymś nieziemskiej urody. Długo potem rozszyfrowałam, że było

to zrobione szydełkiem, pozszywane z kwadratów, ale dziecku jawiło się jako coś nadprzyrodzonego.
Szyłam od tak wczesnych lat, czy raczej latek, że począków nie pamiętam oprócz "mantry": pilnuj

igiełki, co weszło mi w krew i trwa po dziś dzień. Nie zdarzyło mi sie nigdy zgubić igły.  Sezamem ze

skarbami był dom kuzynki Babuni (drugiej babci), gdzie było zawsze mnóstwo kolorowych

gałganków. Babunia nic nie umiała z zakresu robótek ręcznych, wychowała się bez matki, nie miała

cierpliwości nawet do jednego guzika. Jej kuzynka, Mania, nie dość, że dla mnie bóstwo bo piękna

była wprost zjawiskowo, to zarabiała jako krawcowa. Fakt, że dziwna była nieco, ale to cecha

rodzinna, więc mi się w oczy nie rzucało.
Wyglądało to tak. Przychodziła znajoma z prośbą o uszycie spódnicy.
- Nie masz w czym chodzić?! Gołym tyłkiem świecisz?! - rucała się Mania.
W końcu szyła i były to arydzieła sztuki krawieckiej uszyte na maszynie o napędzie ręcznym, przy

świecach, wykańczane ręcznie.  Mania elektryki nie miała. O jej życiu piszę książkę, bo uważam, że

taki hołd z mojej strony jej się należy.
Kolejne olśnienie przyszło w domu, szalenie gościnnym, pani Ireny P. Tam leżały roczniki Bluszczu,

ale przede wszystkim  było pełno ręcznie zrobionych rzeczy, co jako już nieco podrośnieta jednostka

mogłam docenić prawie w pełni.
Do nieprzytomnego zachwytu doprowadził mnie olbrzymi obrus haftowany, nieco już postrzepiony,

ale niezwykłej urody. Zakiełkowała chęć zrobienia czegoś podobnego. Wzór sobie odrysowałam,

pochodził podobno z Bluszczu, choć nigdy się nań nie natknęłam. Dziabnęła mnie ambicja!

Wyhaftuję! Wszystko, co ludzie zrobili da się przecież powtórzyć.
Nie miałam zamiaru haftować obrusa, już wtedy pomału zaczynałam szyć sobie ubrania, więc

zadecydowałam, że będzie to spódnica. Być może, gdyby spódnica nie odniosła takiego sukcesu,

moje życie potoczyłoby się inaczej? Obcy ludzie zaczepiali mnie na ulicy, z konieczności podnosiłam

swoje krawieckie kwalifikacje a sukcesy się pchały same w ręce.
Było trudno zdobyć nici, ale upartych i zdeterminowanych jednostek nie było nic niemożliwego!

Kupowało się na zapas, zawsze więcej, niż można było zużyć. Pewnego dnia trafił do moich rąk skarb

złożony z przedwojennych nici, mam część do tej pory...
W momencie pakowania owych worów, już trochę robiłam na drutach, więcej tkałam i wkładałam w to

duszę, nawet więcej, widziałam w tym swoją przyszłość. Dziać potrafiłam dziwnie: oczka prawe,

lewe, umiałam także oczka dodawać po olbrzymim wysiłku, tak by nie powstawały dziury...

Wykorzystując tak skromne możliwości robiłam sukienki o trzech fasonach, cieszące się szalonym

powodzeniam, że zaczęłam machać ręką na naukę szkolną...
Nastraszona przez rodzinę domagającą się zaprzestania nielegalnego procederu, zbuntowana i zła,

założyłam firmę, co było wyczynem godnym całej powieści!

Pakowałam się, zmachana porządnie zajrzałam do kuchni i oniemiałam! Mama zrobiła chyba tysiące

kanapeczek, porozkładanych na stojących wszędzie półmiskach i talerzykach! Odebrało mi mowę,

znając ją, przezornie o nic nie zapytałam, zabrałam sobie jeden talerzyk i wycofałam się. Coś mi nie

dawało spokoju, coś co powinnam... Wyjrzałam przez okno, już było porzadnie ciemno. Latarnia!!!

Prawie naprzeciwko okna świeciła mocno latarnia czyniąc tuż pod oknem z nocy jasny dzionek...
Roztrzęsło mnie znowu, ogromnym wysiłkiem opanowałam się myślą, że zaraz się temu zaradzi,

skosztowałam pysznie pachnących kanapeczek.
Pomysł przyszedł sam.

niedziela, 22 lutego 2009

Zbliża się północ, czas na losowanie.

Strona z komentarzami pod notką ogłaszającą Candy została wydrukowana, wydruk został pocięty na losy.

Dziana Mafia - losowanie

Losy zostały zwinięte i wrzcone do dzianej maszyny losującej.

Dziana Mafia - losowanie

Następnie w ścisle tajny sposób zostały wyciągnięte trzy losy.

Dziana Mafia - losowanie

Mafijna drukarka postanowiła utajnić część wydruku ;), więc ten jest słabo czytelny, jednak wprawne oko wypatrzy łatwo, że losowanie okazało się szczęśliwe dla autorek następujących stron:

ztworzonka.blogspot.com

coffeeholic.blox.pl

minimysz.blogspot.com/

Serdecznie gratulujemy Zwyciężczyniom i prosimy o kontakt!

dzianamafia@gazeta.pl

 

wtorek, 17 lutego 2009

    Gapiłam się na Tenię, a ona z kolei wpatrywała się w swoją szklankę kawy z takim zinteresowaniem, jakby to była szklana kula. Odruchowo przeniosłam wzrok na swoją i wytężyłam wzrok. Wstrętna kawa! Jakieś oka po niej pływały i coś jakby włos! Nagle na powierzchni coś się poruszyło, zamajaczyło krągłym kształtem! Już miałam zakrzyknąć, że widzę, kiedy tuż obok usłyszałam głos. Niewątpliwie męski. Nachyliłam się na kawą bo jakoś wydało mi się, że to z niej ów głos pochodzi!


- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam - tym razem głos zabrzmiał  zza moich pleców.


Tenia patrzyła na kogoś kto stał za moim krzesłem.


- Czy pozwolą panie, dosiąść się na chwilę?


Jedna z pań, czy ja obejrzała się, dojrzała faceta od stłuczonej szklanki i przyjrzała się zuwagą. Porządnie ubrany, miły po wierzchu, mógłby być naszym ojcem.
Facet, najwyraźniej dobrze wychowany czekał na nasz gest.


- A o co chodzi? - zapytałam niesympatycznie i odstraszająco, bo czas uciekał i żaden intruznie był nam potrzebny.
- Chciałem zapytać o tę kawę, panie tak głośno rozmawiały, że musiałem słyszeć - powiedział te słowa z miną zrozpaczoną.
- Już pana brzuch boli? - odezwała się wreszcie Tenia - ona - wycelowała we mnie palec - ma węgiel, może pana poratować.
On zrobił dziwną minę, otworzył usta i zamknął. Nabrał powietrza i stał milcząc, aż mnieprzeszedł zimny dreszcz. Wariat?! Łypnęłam na Tenię, ona chyba pomyślała to samo, bo macając za sobą po krześle szukała torebki.
- Czy panie pozwolą, że się przedstawię? - zabrzmiało to dość rozpaczliwie i obie zgodnie wytrzeszczyłyśmy się na niego.
- Nazywam się Witold Z. - przedstawił się pełnym imieniem i nazwiskiem, milczałyśmy.
Pochylił się na stolikiem i zniżonym głosem dodał:
- Naprawdę zostałem dobrze wychowany, ale byłem tu zmuszony słyszeć wszystko.


Od jakiegoś momentu i ja to odgadłam i byłam bliska uduszenia się! Idiotki!!! Kretynki bez nazwy!!! Konspiratorki!!!
On znowu, zaczął jakieś dziwne sztuki wyprawiać, macał się po sobie, doprawdy to było

niesmaczne! Rzucił nam słówko przepraszam i galopem wypadł na zewnątrz. Przez olbrzymie

okno było widać, jak biegnie dzikim sprintem po ulicy i znika.
- Spadamy, ale to już - nie musiałam tego nawet mówić, Tenia zerwała się na równe nogi,

złapała kurtkę i wybiegłyśmy obie, pilnując, by lecieć w przeciwnym kierunku niż facet.
Przestraszone, spłoszone wpadłyśmy ponownie do apteki.
Danusia wychyliła się, zmierzyła nas wzrokiem.
- Wyglądacie jakby ścigał was zboczeniec.
W tej samej chwili facet wkroczył do farmaceutycznego przybytku! W takich chwilach staję się nieobliczalna i szybkim krokiem wyszłam mu naprzeciw, gotowa na wszystko.


- Proszę - powiedział i wcisnął mi w rękę już uniesioną do ciosu, jakieś papiery.
Dowód osobisty i prawo jazdy.
- Nie panie poczytają, proszę bardzo.
Czytanie niczym mi nie groziło. Jednym okiem go pilnując, drugim wczytywałam w pospolity

tekst. No tak, za młody na ojca, to była jedyna myśl, która mi się zaczęła telepać w

całkowitym pustkowiu mojej głowy.
- Ale właściwie, po co mi to? - zaprostestowałam poniewczasie.
- Chcę paniom pomóc i chyba mogę.

Zapadła cisza a potem było słychać chichot zza lady.
- Zanosi się na coś? - Danusia kiwnęła na nas - właźcie na zaplecze - uśmiechnęła się szeroko.

Już po dziesięciu minutach wiedziałyśmy wszystko. Przy prawdziwej kawie pękły wszelkie

tamy i obawy. Witold, który wzbudził nasze zaufanie, wyjawił część swoich sekretów,

podzielił się marzeniami o przeżyciu przygód, do których nie dopuszczała go nadopiekuńcza

mamusia, wzbraniając mu nawet harcerstwa. Słuchająca jednym uchem, bo jednak zdarzali

się klienci w aptece, Danusia zapałała szaloną sympatią do osobnika, bowiem kochała

przygody nad życie! Chyba największym jej marzeniem było lecieć samolotem, który zostanie

porwany, uprowadzony na długo, najlepiej w dzikie ostępy. Odznaczała się przy tym

nieobliczalnością i potrafiła o drugiej w nocy jak gdyby nigdy nic dzwonić do swojej kuzynki po

przepis na szarlotkę, bo Tenia bardzo lubi... O innych wstrząsających jej wyczynach, nie mogę

wspomnieć, bowiem musiałabym poświęcić swoją skórę. Między innymi dlaczego, posiadając

pomoc domową, trzepała osobiście dywany ciemną nocą... ale już milknę!
Obecnie Witold, po powrocie z NRD, które padło ofiarą machiny historii, budował swój dom.

Dysponował przestrzenią pod dachem w ilościach nadmiernych, bowiem dom nie był jeszcze

zamieszkały. Co najważniejsze miał samochód kombi!
- Dużo tam wejdzie? - dopytywałam się z troską.
- Ile jest?
- Zna pan takie duże wory wojskowe? Mają około metra jak stoją - starałam się kreślić

możliwie dokładnie.
- Ale ile ich będzie?
- Coś muszę zostawić, bo te dwie z urzędu widziały - zadumałam się na chwilę - myślę, że

cztery będą i może jakaś drobnica luzem.
- Damy radę - beztrosko oznajmił Witold.
Dopracowaliśmy szczegóły.
Godzina zero została przesunięta na północ. Była jesień i zmrok zapadał wcześnie. Siedem

minut przed północą Damusia i moja mama miały zacząć hałaśliwą akcję powitania się

nawzajem. Byłam o to najzupełniej spokojna.
O północy ja miałam zrzucić pierwszy wór, a Tenia i Witold pakować do auta. Rzucać mam co

dwie minuty. Dziesięć minut po północy miało być po wszystkim.
Rozstaliśmy się szybko, czas uciekał, gnałam do domu jakby gonił mnie wyjątkowo rozjuszony

nosorożec. Dosłownie czułam jego oddech na plecach!





 
     
DZIANA MAFIA ZAPRASZA !





       

Wiosna już blisko, coraz więcej słońca, zaczynamy myśleć o nowej garderobie...

Zrób sobie miły prezent na wiosnę...lub na Dzień Kobiet.

W naszym sklepie znajdziesz to czego szukasz - modne dzianiny, unikatową biżuterię, a nawet bieliznę.

Serdecznie zapraszamy.


10:49, dagny14
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lutego 2009

Dziana Mafia: Czy pamiętasz pierwszą wydzierganą przez siebie rzecz? Co to było, jak wyglądało? Czy byłaś z tego zadowolona?

Dagny: Nie jestem pewna, czy to faktycznie pierwsza wydziergana przeze mnie rzecz, ale pierwsza, jaką pamiętam. Szydełkowa sukienka dla lalki. Takiej dużej, chodzącej. Była falbaniasta i bardzo kolorowa - zrobiona z resztek włóczek.

Dziana Mafia: O jakiej porze najlepiej Ci się dzierga? Masz jakieś swoje ulubione pory i miejsca?


Dagny: Dziergam zawsze i wszędzie.Jednak najbardziej lubię swój "wysiedziany" fotel i porę wieczorowo - nocną.

 



Dziana Mafia: Skąd czerpiesz inspiracje, pomysły?

Dagny: Różnie z tym bywa. Korzystam z gotowych wzorów. Czasami coś wpadnie mi w oko w jakimś piśmie, albo w telewizji. Ale najbardziej lubię sama coś wymyślać-  rysuję, przeliczam, dziergam próbki. A potem robię i pruję. I tak w kółko. Aż osiągnę efekt, jaki chciałam.

Dziana Mafia: Jak Twoja rodzina podchodzi do Twojej pasji?

Dagny: Chyba już się przyzwyczaili, że rzadko można mnie zobaczyć bez jakiejś robótki w rękach. Czasami mąż się odgraża, że "te wszystkie manele" powyrzuca, bo się o nie co chwilę potyka albo spadają mu na głowę, kiedy otworzy jakakolwiek szafę.
No i marudzi, że zamiast na przykład prasować, cały czas dłubię. Można powiedzieć, że nie wykazuje zbytniego entuzjazmu, ale czasami potrafi mnie zaskoczyć, zauważając, że coś, co zrobiłam jest "nawet ładne." Chociaż przeważnie nie wie, co to faktycznie jest. Reszta rodziny, kiedy ich odwiedzam, zawsze pyta, ile kilogramów włóczki tym razem przywiozłam. Są też tacy członkowie mojej rodziny, którzy, kiedy zobaczyli po raz pierwszy moje robótki, nie chcieli uwierzyć, że to jest zrobione ręcznie. A z czasem zaczęli wypytywać, co nowego zrobiłam.

Dziana Mafia: Czy jest coś czego nigdy nie chciałabyś zrobić? Mam na myśli rodzaj rzeczy, wzór, kolor...

Dagny: Są wzory, których nie lubię, nie podobają mi się i ich nie robię. Na przykład ściągacz pojedynczy, wzory patentowe i  szewronowe. I pewnie jeszcze sporo innych.
Czasami ktoś mnie prosi o zrobienie jakiejś rzeczy, która wybitnie mi "nie leży". Za żadne skarby się za to nie wezmę.  Serwetki szydełkowe, szczególnie takie wielokolorowe, też nie mają u mnie szans.

Dziana Mafia: Na koniec przyznaj się: ile masz par drutów? :-)

Dagny: Na tę okoliczność specjalnie policzyłam,bo nigdy wcześniej tego nie robiłam.
Jest tak:
22 pary na żyłce
2 pary prostych
8 kompletów pończoszniczych
16 szydełek
I pewnie jeszcze coś by się znalazło w szafach...

 Dziana Mafia: Dziękujemy!

*****

Piękne i oryginalne modele wykonane przez Dagny można kupić w sklepie Dzianej Mafii

Dziana Mafia -DAGNY

włóczkowy matri

17:07, anna_1503 , wywiady
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 lutego 2009

 

Tadam! Ogłaszamy pierwsze mafijne

Blog Candy!

Pierwsze, to znaczy, że będą następne.
W zabawie może wziąć udział każdy, kto ma blog, stronę domową, czyli jakieś wasne miejsce w wirtualnym świecie. 


Zasady:

1. My pokazujemy, co mamy do rozlosowania, czyli co jest naszymi "cukierkami".

2. Uczestnicy zabawy wklejają na swoim blogu aktywny link do naszego blogu i zdjęcie naszych "cukierków". 

3. Powiadamiają nas o tym fakcie w komentarzu do tej notki, podając link do siebie. 

4. Zgłoszenia przymujemy do 22 lutego do godziny 18.00. 

5. Ogłoszenie wyników losowania trzech szczęśliwców, którzy zostaną obdarowani "cukierkami", nastąpi w okolicach północy z 22 na 23 lutego.  

Kliknij w obrazek, by go powiększyć.

Kliknij na obrazek, by go powiększyć.

Spis nagród:

1. czarcik zawieszka
2. kolczyki frywolitkowe
3. kolczyki szydełkowe
4. książeczka Anchor z kilkoma pięknymi wzorami szydełkowymi
5. stare niemieckie wydanie Bibiloteki DMC z wzorami szydełkowymi
6. biscornu
6. pięknie opracowany schemat beretu w pliku PDF
7. włóczka Sasanka do wydziergania tegoż beretu

 
 
wtorek, 10 lutego 2009

Moja opowieść zaczyna się w schyłkowym okresie minionego ustroju, niby to hołubiącego lud pracujący miast i wsi, bowiem wybrałam sobie ostatnie tchnienie tego tworu, żeby zostać legalnie prywaciarzem....
 Pełna hipokryzji i obłudy oświadczam, że wszelkie wydarzenia oraz osoby, mające pozory autenczności, wyssałam z palca, tudzież klawiatury, więc za skutki brania poważnie poniższych tekstów nie odpowiadam,
Vivi, nieświadoma odpowiedzialności karnej

PS. Tekst ten powstał na wyłączność Dzianej Mafii, a nawet ku Jej czci.
Będzie się pojawiał - chyba, że będą protesty, w każdy wtorek.


NADMIERNE ZAPASY

Stałam przy drzwiach i niecierpliwie przeczekiwałam pożegnalne uprzejmości, walcząc z chęcią wypchnięcia tych dwóch na schody i zatrzaśnięcia drzwi. One ględziły uprzejmościowo jakieś bzdety bez końca.
Wreszcie poszły. Rzuciłam się do telefonu. Trzęsły mi się ręce, cudem wybrałam właściwy numer.
- Halo? - usłyszałam znajomy głos i zastopowało mnie!
Przecież może być podsłuch!!! Idiotka!!! Wydałam z siebie charkot i coś w rodzaju jęku.
- To ty? - Tenia jakimś cudem mnie poznała - coś ci jest?
- Tak - powiedziałam - to znaczy nie, to pomyłka, ja do ciebie nie dzwonię.
- Nie, nie dzwonisz - zgodziła się - coś cię boli?
 Chyba musiałam jęczeć z rozpaczy...
- Brzuch mnie boli, muszę kupić węgiel, ale myślałam, że może masz? - oznajmiłam nagle doznając olśnienia.
- Nie mam, wyszedł mi po tamtych egzaminach  - powiedziała powoli próbując mnie zrozumieć.
- No to w aptece - przepraszam,  ja lecę.
Odłożyłam sluchawkę, porwałam żakiet z przedpokoju i wyskoczyłam.
Liczyłam na jej niezawodną domyślność. Zwykle wpadałyśmy na pogaduchy do obskurnej kawiarni niedaleko apteki, w której pracowała ciocia Danusia, mama Teni. Tak obskurna - nie ciocia, kawiarnia - że nie można było tam się napić kawy. Kupowało się, owszem. Danina w wysokości 2 złote i 50 groszy wydawała się jednak sprawiedliwa za siedzenie w cieple, szczególnie kiedy pogoda nie rozpieszczała. Kaloryfery tam grzały rekordowo.
Jak na to liczyłam Tenia, mieszkająca bliżej,  już była w aptece i gawędziła z mamą.
Obie jednocześnie zapytały:
- Coś ty tym razem wymyśliła?!
- Kontrola z urzędu u mnie dziś była - wycharczałam z trudem łapiąc oddech - skarbowego i musimy natychmiast porozmawiać.

-------------------------------------------------------------------

Kilka chwil potem siedziałyśmy w kawiarni mieszając owe niepijalne kawy.
- Samochód? - Tenia zapytała.
- Nie jeden, albo ciężarówka - powiedziałam z goryczą - i to w nocy, tej nocy - dodałam z naciskiem.
- Skąd... -  Tenia podniosła wyszczerbioną filiżankę do ust
- Nie pij!!! - wrzasnęłam
W ciszy,  sekundę później rozległ się brzęk i posypało się szkło.
Zerknęłam, jakiś facet rozbił szklankę.
- Czekaj, bez tego jestem trup - jęczałam półgłosem - w dodatku to wszystko trzeba jakoś wynieść,  nie drzwiami...
- Jak?! - poderwało ją - oszalałaś???
- A jak? Po schodach?! Wiesz kto mieszka w tym bloku???
- Rany boskie, przecież nie będziesz rzucać przez okno! - zawołała Tenia zapominając o konspiracji.
- Otóż tak! Mam pomysł!
- Mów!
- Trzeba narobić zamieszania po jednej stronie bloku,  a wyrzucać po drugiej! I to musi być w nocy, jak wszyscy śpią.
- Zaraz, zaraz,  jak śpią, to po co zamieszanie? - trzeźwo zauważyła.
- One leżą w oknach chyba całą dobę - powiedziałam wściekłym szeptem - aż dziw, że im cycków nie spłaszczyło!
-  Jak tak... to może petardę? - powiedziała powoli.
- Coś ty! To przecież wojskowy blok, wszycy się kopną na dół sprawdzać! Coś innego...
Po kilku chwilach wszystko już było ustalone, zamieszanie w postaci hałaśliwego i wylewnego powitania gości, nie szkodzi, że o 3 w nocy miało odwrócić uwagę od wywalania olbrzymich tobołów z okna po przeciwnej stronie. Zgryzotą pozostawał środek transportu...
- Moja siostra ma malucha -  zesztą ona pracuje i nie zarwie nocy i co tam wejdzie? - mówiłam ponuro.
- A Mikołaja nie ma?
- Nie ma jak zawsze, kiedy może się przydać - wycedziłam. Wymyślmy coś! Oni mi to zabiorą! - tym razem jęczałam naprawdę rozpaczliwie.
- Boże, tyle włóczek... a gdzie to będzie potem?
Spojrzałam na nią ze zdumieniem - faktycznie o tym nie myślałam wcale!
Nazywali to nadmiernym zapasem i konfiskowali, jakby było kradzione, czy co. Nie mogłam nikogo narażać, bo wymyślili Inspekcję Robotniczo-Chłopską, która miała prawo rewidować prywatne mieszkania... Moim znajomym, gdzie były cztery dziewczyny w domu, skonfiskowali 12 par rajstop! Jako przejaw rozwydrzenia i opisali to gazecie! Co dopiero moja włóczka... Włóczka zdobyczna wręcz! Za rodzoną krwawicę kupowana w państwowych sklepach! No, dobrze czasem w PEWEXie...
Patrzyłam na Tenię z rozpaczą, łzami w oczach i oczekiwałam ratunku...

.