Robimy nago na drutach

środa, 17 czerwca 2009

(Dziś odcinek wyjątkowo i dodatkowo, bo jednak nie życzymy sobie, żeby Ktoś się zastrzelił :D )

 

Nastały dni, które słabo pamietam, oprócz tego, że robiłam na drutach i nic nie mogło być ważniejsze. Z trudem do mnie docierały wszelkie informacje i wiadomy dzień ciągle się odwlekał.
Tenia też dziwna była, nieuchwytna po szkole, nieobecna w domu?
Na dodatek zostałam zaproszona na wielki kiermasz rękodzieła, gdzie miała być pani Gorzelany, od której, choć pośrednio, nauczyłam się traktować dzianinę dość swobodnie, bez kanonów. 
Nastapiło takie pandemonium, że słów brak. Nie przestawała sprawa Witka mnie dręczyć, o nie! Dawała o sobie znać i wywoływała wrzenie nerwów.
- Dosyć tego - zawołałam do Teni, kiedy ta wreszcie znalazła dla mnie czas. - Gdzie ty się podziewasz? Jak nie chcesz, to nie musisz brać w tym udziału, sama to załatwię, ale bez twojej mamy nie dam rady.
- Pomagałam Witkowi pakowac do samochodu, on mnie też oszukał! Licz na mnie - westchnęła - boję się, ale będę z tobą.
- Czego tu się bać? Nie wchodzimy do klatki z głodnym lwem? 
Wygłaszając to zdanie nie miałam pojęcia, jak bardzo się mylę...

Wreszcie nadszedł ten dzień i udałam się do cioci Danusi, żeby się z Tenią uczyć. 
- O rety, nienawidzę kłamać, ale moja mama nie nadaje się do takiej akcji - mruczałam niezadowolona z siebie.
Plan był starannie ułożony. Danusia miała zabawiać Elę, żeby ta przypadkiem nie zainteresowała się sąsiedztwem, a my z Tenią zbadać co kryje się w wielkim garażu i ewentualnie odebrać swoje. 
Dziura w siatce tuż nad ziemią znalazła się łatwo, Danusia nam dobrze wytłumaczyła. Od biedy człowiek przelazłby do połowy, ale miałam nożyce do drutu i po chwili już droga na całego człowieka, była otwarta. Wysunęłam się pierwsza, rozejrzałam. Na całej posesji panowała cisza, tylko od ulicy słychać było przejeżdżające auta, a blask dalekich latarni łagodnie oświetlał zaniedbane podwórko.
Przy garażu na kilka sekund musiałam oświetlić zamek, żeby się przekonać jaki on jest. Sięgnęłam do plecaka po przygotowane wytrychy i w połowie gestu przypomniałam sobie, że ich nie wzięłam! 
Stałam długo bez ruchu aż Tenia zaszeptała:
-Co ci jest, pospiesz się, ja się boję!
Też się bałam, że zrobiłam więcej głupot. Sięgnęłam do włosów, uciągnęłam spinkę, wygięłam i zaczęłam gmerać w zamku. Mam dwie zaskakujące zalety: znam budowę zamków wszelkiego rodzaju oraz wyobraźnię przestrzenną dotyczącą wnętrz. Słowem, wszelkie bebechy umiem sobie wyobrazić bez zaglądania do nich. Aczkolwiek już byłam zdenerwowana zapominalstwem, zamek otworzyłam błyskawicznie, pomaleńku, bo kto wie, czy takie wierzeje nie skrzypią?  otwierałam. Słabe światło pozwoliło mi na stwierdzenie, że zamek jest zatrzaskowy, nie da się go otworzyć od wewnątrz, więc konieczne jest zabezpieczenie drzwi.
- Nie wchodź tutaj, sama się rozejrze - zaszeptałam do leżacej mi niemal na plecach Teni. - Czuwaj tu, daj znać jakby co. I te drzwi przytrzymaj! 
W środku panowały egipskie ciemności, musiałam zapalic latarkę koniecznie. Jej blask odsłonił istny magazyn! Było pełno części samochodowych, mebli, nowych sanitariatów, telewizory w pudłach. Nie tego szukałam! Wreszcie dojrzałam bezentowy zielony wór. Pomacałam, miękki, ciężki, mój! 
- Uciekaj! - usłyszałam spanikowy szept Teni.
Zgaszona latarka wypadła mi z ręki, w szparze drzwi zobaczyłam blask, chyba reflektorów bo było słychać pomruk silnika!!! Nagle usłyszałam ciszy trzask i zapadła kompletna ciemność, drzwi się zatrzasnęły! 
Ogarnęła mnie wściekłość! Macając w ciemności starałam się oddalić gdzieś od wejścia, świadomość bycia w pułapce zadania mi nie ułatwiała. Ktoś już zachrzęścił w zamku... A ja macałam wokół szukając oręża... Przykucnęłam za czymś, w ręku miałam jakiś wichajster, dość ciężki i długi, w sam raz, żeby komuś przyłożyć! 
Ktoś otworzył drzwi. Z zewnątrz dochodził jakiś harmider, a co mnie zdumiało niebotycznie, wyrażnie słyszałam głos Danusi!
Rozbłysło światło tak potężne, że aż mnie oślepiło. Zobaczyłam faceta tyłem z ręką na przełączniku, kiedy się odwrócił już wiedziałam, że to nie Witek, choć patrzyłam jednym okiem, ostrożnie wyglądając zza łososiowego sedesu. 
- Teraz g*** z tego, zmywajmy się, nie miały te baby co robić, k*** ! - wygłosił do kogoś na zewnątrz, zgasił światło i wyszedł. Zatrzask zadziałał... 
Odłożyłam tę jakąś rurę i ponownie macając zbliżałam się do wyjścia. Towarzyszyło mi nieprzyjemne uczucie, że ktoś w tym garażu jeszcze jest, ale miałam inne zmartwienie. Wydostać się czym prędzej i zabrać ten wór. Dobry i jeden.



wtorek, 16 czerwca 2009

 

Dzianie wchłonęło mnie całkiem, zaczęłam bywać w szkole tylko ze względu na ciężki przymus, zresztą szkole jako takiej byłam zawsze niechętna. Uczyć to się uczyłam, nawet mogłam. Dużą część sukienki czy swetra robiłam wkoło, robota nie wymagała wielkiej uwagi, daninę dla szkoły mogłam złożyć.
Nawarstwiało się dużo problemów i wreszcie przyszedł dzień, że musiałam się tym zająć... Z pewnym zdumieniem dowiedziałam się, że mój kumpel Niko wyjechał za granicę i to już dawno. Ze dumieniem, bowiem przyjaźnilismy się się od mojego dzieciństwa, więc dlaczego tak zniknął bez pożegnania?
Był jakiś konflikt między wychowawczynią a mną, nie lubiłam jej, bez przyczyny zupełnie, nawet mi było odrobinę przykro, ale nic nie mogłam poradzić. Takie zjawisko czasem występuje i zupełnie nie wiadomo, co z tym robić. Na dodatek ona była matematyczką, więc brałam te korepetycje na wszelki wypadek.  
W sobotę wyszłam z domu znacznie wcześniej, żeby wpaść na bazar. Z daleka już poznałam babę. Kiedy podeszłam bliżej oniemiałam i straciłam zdolność poruszania się. Na ławie leżały moje rodzone włóczki!!! Żadnej pomyłki być nie mogło! Nie było na świecie drugiego takiego samego zestawu! Wykluczone! Jak to, że nie było drugiej mnie! Baba sprzedawała tu moje włóczki w dodatku potwornie tanio!!! Skandal!
Pierwsza myśl szybciutko zdechła: policja. Otóż nie, żadnej policji!
Wyraziłam zainteresowanie, udałam że nie mam przy sobie kasy, ot zapomniałam i zapytałam do której ona stoi, czy zdążę wrócić.
Na tej lekcji byłam kompletnie rozproszona, korepetytor człek ludzki zabawiał mnie dykteryjkami, wreszcie go pożegnałam. Nie musiałam długo marznąć przy bramie targowiska, bo już z daleka poznałam babę. Wyszła objuczona, rozglądała się chwilkę, przy krawężniku wyhamowało ciemne auto kombi, baba wrzuciła na tył toboły a sama siadła obok kierowcy. Nie stałam rzecz jasna jak słup, ale już biegłam, ściemniało się jednak miałam pewność, że to było to samo auto, które widziałam koło Eli!
Taksówka właśnie wypluła na chodnik przede mną kogoś. W locie chwyciłam za drzwiczki.
- Za tym kombi, niech pan jedzie! - wyrwał mi się rozkaz.
- O rany, ja to mam szczęscie - westchnął kierowca - jak nie mąż żonę, to żona męża śledzi.
W tym momencie zgadzałam się być zdradzaną żoną, co mi tam, niech on tylko jedzie!
Taksówkarz był niezły, trzymał się kombi w pewnej odległości, ale jednak. Jechaliśmy w kierunku ciotki Eli...
- Wiem gdzie oni jadą, proszę się tam nie zatrzymywać - poleciłam, kiedy śledzone auto zawalniało obok znajomej posesji.

- Mów co chcesz, ale to się kupy nie trzyma! - prostestowała bez sensu Tenia. - Do Witka to nie pasuje!
- Tu nie o kupę chodzi, tylko o moje włóczki! Skąd wiesz, że nie pasuje? Baba jak baba.
- Jesteś pewna, że to te?!
- Słuchaj, Dziunia ze Szwecji mi przywiozła moher w okropnym kolorze, wątpie czy czy ktoś tu ma taki sam! "Picasso" się nazywa, włochaty jak piorun. I wszystkie inne ktoś miał takie same?!
- Boję się - westchnęła
- No ja myślę, bo tego tak nie zostawię!
- I tego się boję - potwierdziła.
- Narzędzia to ja mam. Potrzebna będzie pomoc twojej mamy.
- Narzędzia zbrodni? - jęknęła Tenia słabo.
- Nie marudź, gdzieś te włóczki wtrynili, muszę je wydostać, skoro ich tam nie ma całymi dniami... Jaka to zbrodnia?
- Włamanie, przecież to karane!
- A kto ci powiedział, że się włamię?
- Będziesz przenikać przez ściany, co???
Na Danusię można było liczyć zawsze, kiedy w grę wchodziła perspektywa przygody, toteż i tym razem przystała na szaleńczy pomysł odbicia włóczek przemocą na zasadzie: niech gwałt się gwałtem odciska! Chichocząc wspomniała, że siedziała za komuny, to ma wprawę.
Narada wojenna odbyła się w aptece z przerwami. To znaczy nie apteka miała przerwy tylko spiskowcy, kiedy wchodzili klienci.
Ustaliłyśmy szczegóły.
Po pierwsze ani słowa prawdy mojej mamie!
Po drugie oficjalna wersja ma brzmieć, że z Tenią uczymy się jak dzikie u cioci Danusi przez dwa dni.
Po trzecie Danusia musi wymyślić pretekst długiej wizyty u Eli, a my w tym czasie...

- Cóż to jest przeleźć przez płot? Jednak wolałabym obejrzeć teren za dnia - powiedziałam.
- Po co przełazić? Tam jest dziura, kot się zmieści - oświadczyła Danusia.
- Co takiego? - obie z Tenią jednakowo zdziwiłysmy się.
- Oj, tam był u Eli taki mały kotek - Danusia westchnęła - chciałam go nakarmić, no i on przeszedł na drugą stronę, stąd wiem, pod bzem jest siatka nadpruta, tam jest ciasno, ale na czworakach można się zmieścić.
- Mamo! - wyrwało się Teni.
- Co się dziwisz, skąd miałam wiedzieć, gdzie on idzie?

Teren obejrzałam za dnia oddając ciotce Eli żurnale. Sąsiedni dom wyglądał na niezamieszkały od dawna. Oko wytresowane na zabawach w Indian dostrzegło mocno wydeptaną ścieżkę prowadzącą do wielkiego garażu. Wszystko wskazywało na to, że nie ma co zawracać sobie głowy niczym innym.

Tak naprawdę chciałam tylko mieć pewność, że moje podejrzenia są prawdą, jednak zaślepiona, gnana zemstą na Witku, nie myślałam i zapewne nie umiałabym sobie wyobrazić konsekwencji szalonego pomysłu...




czwartek, 11 czerwca 2009

Ciocia Danusia to była (i jest nadal choć ciutek sterana wiekiem) człowiek-instytucja. Miała wiele zdumiewających zalet oraz, co tu kryć, wariatka z niej rekordowa. Pognałam w pragnieniu zdobycia praktycznej wiedzy, a przy okazji chciałam ja wypchnąć do ciotki Eli w celach wywiadowczych. Danusia do tego nadawała się znakomicie. 
Warkocze rozczarowały mnie potwornie! Cała z nimi sztuka wręcz była za łatwa, spodziewałam się większych ewolucji. Jak się okazało umiała ona warkocze prawoskrętne, sama odbadałam, że mogą być i lewoskrętne. Na bazie tej wiedzy już nie straszne mi były inne przeplatanki, bo to kamień milowy w moim dzianiu był.
Nadal jednak tajemnicą pozostawały ażurki, w których zupełnie się nie odnajdywałam, a dziurki mi powstawały w miejscach na to nie przeznaczonych. 
- Na to nic ci nie poradzę, też nie umiem - westchnęła Danusia sięgając po herbatę - a do Eli pójdę, już dawno jej obiecałam i jakoś tego... 
- Niech ona coś powie o tych sąsiadach, ta jej niechęć do plotek jest teraz szkodliwa - westchnęłam.
- Niechęć?! - autentycznie zdumiała się - żartujesz? Przecież to plotkara jak stąd do Paragwaju! 
- ??? - tym razem mnie lekko zatkało.
- Owszem, ona to ukrywa, ale nie przede mną, dlatego rzadko do niej chodzę - ze skruchą się przyznała.
- Ciociu, błagam, wszystko o sąsiadach i zapamiętaj dobrze - prosiłam gorąco.
Ponownie dzianie mi świat przesłoniło, sezon na ciepłe przyodziewki rozszalał się zamówieniami. Mój pierwszy warkoczowy sweter zrobił furorę i klientki stały a kolejce, a nawet zasługiwały się prezentami. Chodziłam niewyspana, bolały mnie dłonie, ale dzielnie robiłam na drutach. Trochę zastanawiało mnie dlaczego Niko, mój kumpel się nie odzywa od tak dawna, no właśnie, od kiedy? Nauka leżała odłogiem a próbna matura stała u bram...
Powroty do rzeczywistości były bolesne. 
- Moja droga - profesorka miała zatroskaną twarz - cztery strony to za mało! Postawiłam ci dobrą ocenę, ale sama nie wiem co z tym zrobić?
Do licha! Musiałam przyznać polonistce rację, ale zupełnie nie miałam inwencji do pisania tego dnia, kiedy była próba maturalna. W dodatku dopadł mnie okropny ból dłoni, niestety nie przejawiający się niczym zewnętrznie, ani opuchlizny, ani zaczerwienienia. Moje natchnienie zawsze było fanaberyjne, zresztą zajęte czym innym... Danusia w tym czasie odbywała wizytę i szalała po mnie ciekawość!
- Wiesz, sama jestem podekscytowana jak nie wiem co! - zaczęła sumienną relację nazajutrz. - Ela jest ciekawa, bo ci sąsiedzi to jacyś dziwni są. Sprowadzają się po kawałku, ale jeszcze tam nie mieszkają na stałe - kontynuowała. - Z jednej strony to jest zadowolona, bo cisza i spokój, ale mówi, że te ciemne okna wieczorami wyglądają niepokojąco. Żadnych zwierząt tam nie ma - dodała - na szczęście, biedne byłyby. 
Danusi nieobojętny był los każdego zwierzaczka, więc to mnie nie zdziwiło, ale w tym wszystkim faktycznie było coś dziwnego.
- Odkąd się niby wprowadzają? W końcu nawet miesiąc może nie być dziwny?
- Otóż to, ale oni podobno od roku jakoś tak, na raty. 
- Ile tam sztuk się wprowadza, kto to jest, ona wie?
- Bardzo żałuje, ale widziała zwykle jednego faceta, rysopis pasuje do Witka, hi, hi - zaśmiała się - ale na upartego przecież nie tylko? - Ela ma wrażenie, że bywa też tam kobieta, niska ma być, więc widok jej zasłania żywopłot. 
Zamyśliłam się, ale nic mi nie przyszło do głowy, choć czułam, że powinnam się wysilić bardziej. Napoczęta robota wzywała i skutecznie mi przeszkadzała. Coś jednak było w tej garści informacji ważnego, do czorta, myśleć!
Z polecenia "mysleć" nic nie wyszło, bo nieco spanikowana postanowiłam chodzić na korepetycje z matematyki, choć na próbnej zaliczyłam przyzwoicie, to jednak uczciwie musiałam przyznać, że to był cud. Losu kusić nie należało. 
Korepetytor, człek sympatyczny, ojciec pięknej dziewczyny i mąż doskonały - bo przy okazji podarował mi genialny przepis na babkę makową, mieszkał akurat w pobliżu targwiska na którym miewałam interesy. Otóż przypadkiem poznałam osobę, której syn pracował w 
Niemczech i to było moje źródło drutów, dziewiarskich, z żyłką, bo na innych nie umiałam robić. 
Udając się w sobotę na lekcję, po drodze wstąpiłam, by odebrać zamówione szóstki. Uczynna ta osoba dziwiła się po co komu takie potwornie grube druty, ale miała. Tuliłam je do kurtki i przechodziłam ku wyjściu między szeregami sprzedających, gdy w oko mi coś wpadło, nie śmietek, widok jakiś. Cofnęłam się, przeszłam jeszcze raz i zobaczyłam dobrze znaną włóczkę. Pomyślałam, że mam jej niewiele i zapytałam o cenę. Niska była niezwykle, odruchowo się potargowałam, niechcąco osiągając niezwykły rezultat. Sprzedająca baba bąknęła, że ma włóczki więcej, stoi tylko w soboty.
Dopiero po korepetycjach zaczęłam myśleć - przecież nie mam w domu tej włóczki! Ona była w tym brezentowym worze!!! To po co mi te parę motków? Zapamiętałam, żeby w następną sobotę wpaść na bazar i zabrałam się za sukienkę, do której mnie ssało, bo pierwszy raz robiłam duży wrabiany wzór...


wtorek, 02 czerwca 2009

Znałam dobrze niechęć ciotki Eli do plotek i takich tam, toteż o nic pytałam, tylko zgarniając reklamówkę z żurnalami rzuciłam od niechcenia:
- A tam - majtnęłam ręką - to kto mieszka? Ma ciocia spokój? 
- Nie wiem - orzekła naburmuszona - chyba ciągle ktoś się wprowadza. 
- Jak to "wprowadza"? - zdumiałam się - ciągle?
- Nie obchodzi mnie to, drogie dziecko, nie stójmy tak, bo jest przeciąg.
Torba urywała mi rękę w miejscu nadgarstka, toteż zrezygnowałam z natychmiastowej wizyty u Teni, marzyłam by pozbyć się brzemienia i co tu kryć obejrzeć skarby zaraz! Tym bardziej, że musiałam je oddać szybko. 
Kiedy zagłębiłam się w czasopisma, świat zniknął mi z oczu na długo! Każda robótkująca istota to zna. Ogląda się zachłannie, pożera kolejne kartki, w środku kłębią różne uczucia i to takie, że każdy facet może zsinieć z zazdrości, nie liczy się nic! Potem oglądamy ponownie, już krytyczniej, przy kolejnym ogladaniu dochodzimy do wniosku, że to wszytko już bylo i my też potrafimy, a nawet lepiej. Z takimiż wnioskami w środku, po wierzchu z niecierpliwością biegłam na spotkanie z Tenia, do kawiarni, bo każda z nas spieszyła się gdzie indziej. Mżyło i wiało, więc kawiarnia była idealna.
- Już mi się skończyły wykręty, rany co ja mam manie mówić? Ciągle pyta kiedy te włóczki wrócą - mamrotałam na początku.
- Podobno wiesz coś niesamowitego? - mów, bo mnie rozniesie - zażądała Tenia.
Opowiedziałam jej dokładnie. Zmarszczyła czoło.
- Czekaj, a ten numer, rejestracji masz naprawdę?
Wyciągnęłam kartkę z zapiskiem i westchnęłam.
- Nigdy mi się nie udała sztuka zapaniętania nawet numeru telefonu, nie ma dwóch ostatnich cyfr. Za te dam sobie głowę urwać, ostatnie wydaje mi się, nie były okrągłe.
- Co proszę?
- Nie zero, nie dziewięć.
- To i nie pięć, nie trzy, nie sześć, a nawet nie dwa?! To co zostaje dopasować i masz! - nieco złośliwie podsumowała.
- Daj spokój, nie wyglądało to dobrze, mówię ci, jak nieboszczyk w tym worku, no kształt, ciężar, okropność.
- Masz wybujałą wyobraźnię, czytasz ciągle kryminały - wytykała mi zainteresowania - przede wszystkim masz pewność, że to był Witek? Nie masz - sama odpowiedziała - co ciebie obchodzi obcy zbrodniarz?! Dowiedzmy się lepiej, kto tam mieszka może to coś da?
- Już widzę, że ciotka Ela nam powie, ale czekaj może twoja mama? 
- Niezły pomysł, ona poleci tam z radością. Zajmijmy się tym bardziej, bo potem matura, ja to źle widzę.
- Nie przypominaj mi! Mam zagwozdkę, bo jedna baba chce sweter z warkoczami, a ja nie umiem!
- To jej powiedz?
- Coś ty, za nic w świecie, jakbym wyglądała?! To mój sekret jest.
To był fakt, na drutach ledwo co zaczęłam się uczyć i te sukienki to była moja głęboka woda bez nijakiego koła ratunkowego. Umiałam oczka prawe i lewe, po jakimś czasie z mozołem odkryłam jak się je dodaje w środku robótki, żeby nie powstawały dziury i dumna byłam okropnie. Wykorzystując skromny zakres tworzyłam sukienki w większości melanżowe, bo moim idolem była firma Missoni, co trwa do dziś. 
- To przestań wymyślać nieboszczyków w workach i poproś moją mamę, to ci pokaże, bo ona umie i robi mi kamizelkę, od roku robi - dodała z goryczą.
Oczywiście po takiej wiadomości wszystkie zbrodnie świata wyleciały mi z głowy omotanej dokładnie wełną. 
A kremowej włóczki nie było! Wracając weszłam do domu towarowego, żeby kolejny raz zapytać ekspedientki, kiedy będą włóczki. Nie było wiadome, ale na sąsiednim stoisku były rajstopy, potulnie stanęłam w kolejce i nudząc się oglądałam całą resztę. Apaszki w burych kolorach, pończochy których już nikt nie kupował, skarpety idiotyczne, bo kremowe i to męskie bo kto ma stopę jak podolski złodziej?! Zaraz, przecież to wygląda jak wełna??? Skarpety okazały się być: męskie faktycznie, wełniane sto procent, wielkie i przecenione na jakieś grosze. Budząc lekką sensację kupiłam dwadzieścia par i unosząc łup starałam się kryć twarz, nie chcąc być na ulicy pokazywana palcami jako ta, co tyle par skarpet... 
W domu, jeszcze nie zrzucając kurtki napoczęłam jedną i poszłooo, pruły się cudownie! Świat przestał istnieć...

środa, 06 maja 2009
Poszukiwania nam kulały na obie nogi, nawet wszystkie cztery. Miałyśmy zajęcia, niektóre związane z przymusem szkolnym, gniotem rodzinnym, któremu się wydawało, że jak nas nie widzi nad zeszytami, to jutro nasz wyrzucą za szkół. Na dokładkę posypały się zamówienia na sukienki i swetry.
W tle ciągle pikała nadzieja na cud w postaci Witka zgłaszającego się do nas.
- Słuchaj, a może on jest nieśmiały? - powiedziała Tenia, mieszając herbatę w "naszej" kawiarni.
- Daj spokój, mi chodza po głowie różne myśli, być może on nie zdaje sobie sprawy, że my nie mamy adresu? Błagam! Nie myślmy, tylko szukajmy go!
Wolałam nie rozpamietywać utraconych włóczek, bo to była naprawdę potężna strata finansowa. Nie dość, że same zagraniczne, co wtedy wywoływało dreszcz upojenia, bo kawałek jakby zakazanego świata i innej jakości, to kupowane za żywe dolary nabywane nielegalnie. O tym, jak kupowałam pierwszy raz zagraniczne bilety bankowe w zielonym kolorze powinnam zamilczeć na wieki, bo zrobiłam z siebie idiotkę dużej klasy. Wiedziałam mętnie bardzo, że tacy jedni je sprzedają pod bankiem pekao, wiec udałam się tam i wytrzeszczyłam oczy na wszelkie strony. Zdawałam sobie sprawę, że nie to nie może być kiosk, nikt nie będzie podpisany, ale jak i po czym poznać cinkciarza?! Przechadzałam się pod bankiem długo, determinacja we mnie była potężna, bo nie włóczki chodziło - a o coś tak zwykle-niezwykłego jak... mydło. Mydło, mówię takie do mycia w kostkach. Tamten ustrój wydzielał mydło na kartki, jeden kawałek na dwa miesiące!!! Za to tylko powinni wszyscy tamci decydenci zostać skazani na karę śmierci, nic mniej!!! Tego im nie daruję i żadne chrześcijańskie miłosierdzie mi nigdzie dla nich nie siedzi! 
Przechadzałam się chyba z godzinę, nikt mi nie pasował na sprzedawcę, wreszcie zrównał się ze mną jakiś chłopak i wygłosił w powietrze:
- Tam, z boku banku, w tej uliczce - ruchem głowy wskazał kierunek.
Łypnęłam i zobaczyłam sporą grupkę, która do mnie machała radośnie i śmiała się! Oni mnie obserwowali i robili zakłady, kiedy wpadnę na to, żeby zrezygnować z defilowania przed frontem...
Potem sprzedali mi te dolary po promocyjnej cenie, nabyłam mydło w dużej ilości, jeszcze mi zostało, więc kupiłam włóczkę i... przepadłam! 
Z drugiej strony te wspaniałe, tak zwane efektowne, włóczki jak dla mnie mają małe zastosowanie, same w sobie fantazyjne ograniczają możliwości dziewiarki, więc wolę przędze zwykłe, gdzie dużą rolę gra gatunek, grubość i kolor a reszta należy niepodzielnie do mnie.
Wieczory spędzałam nie na rozrywkach, jak większość rówieśników a na dzianiu. Moja mama dzielnie działa także. Siedziałyśmy zwykle pod wielką lampą do późna w noc, jęcząc, że nie mamy po dodatkowej parze rąk, że gorąco pod tymi zwałami wełny, że nalepiej byłobyć robić nago na tych drutach... 
Tego się bałam cały czas.
- Słuchaj, a ty masz zamiar podarować te wszsytkie włóczki, temu, jak mu tam? Witkowi? 



wtorek, 28 kwietnia 2009
Obudził mnie chłód i coś iście obrzydliwego, co mi się przylepiło do policzka! Poderwałam się niemrawo, czując że wszystkie członki mam nieprzyjemnie zdrętwiałe. Od policzka odpadł foliowy worek przynależny do jakiejś włóczki. Za oknem było jeszcze ciemno, pomału docierały  wczorajsze wydarzenia. Powlokłam się do kuchni, lekko wstrząsnął mną niesamowity, wprost upiorny bałagan, niepodobny do zwyczajów mamy! Nastawiłam wodę. Po prysznicu i kubku zielonej herbaty zebrałam się w garść. Zrobiłam piękny makijaż, a ponieważ było jeszcze sporo czasu, wykopałam sobie trochę wolnej przestrzeni i zabrałam się za sukienkę podgryzana przez wrażenie, że powinnam się uczyć, zadania jakieś odrabiać? Z okazji kontroli, czułam się zwolniona ze szkoły - a sukienka była pilna, klientka czekała! Przerabiałam okrążenie za okrążeniem a te dwie z urzędu nie przychodziły. 
Przyszły, kiedy zrobiłam trzecią kawę i już, już mnie szlaczek trafiał, bo bałagan nieziemski denerwował. W kuchni zrobiłam porządek, bo to nic nie miało do kontroli, ale u siebie nie mogłam. Otóż okazało się - mogłam! Te dwie wyraziły niezadowolenie, że nie posprzątałam! Coś mnie zaczynało dławić. 
W ogóle nie interesowały się moimi zapasami więcej, poleciły zrobić remanent, zajęły się papierami, cała stertą papierów i jak mi się udało podejrzeć nie moimi!!! Na dodatek zażądały pomocy w liczeniu czegoś na kalkulatorze. Powiedziałam bez miłosierdzia, pozorując smutek, że nie umiem. Kawy im nie żałowałam, jednak byłam coraz bardziej wściekła! O, żebyż choć pozwoliły mi robić tę sukienkę dalej! 
Podsunęły coś do podpisu, zabrałam i zaczęłam czytać. Kilka stron idiotyzmów, ale zamilkłam, bo rozumiałam, że się po tym akcie wyniosa. Znudzenie mnie wprost męczyło, byłam gotowa podpisać nawet wyrok śmieci własnej, żeby tylko sobie poszły!
I wyniosły się!
Odetchnęłam nieco nad kolejną kawą.
- No to teraz te włóczki mogą do ciebie wrócić - gromko oznajmiła mama patrząca przez okno, jak dwie się oddalają.
Poczułam chłód w środku ale niby beztrosko powiedziałam:
- Nie ma pożaru, tam były te najdroższe, teraz mi nie potrzebne - i treść tego dotarła jak miecz przeszywający!
Konieczność zobaczenia się z Tenia, albo Danusią nakazała pognać czym prędzej. Wychodząc, już przytomniej, skierowałam się do apteki, Tenia przecież mogła być jeszcze w szkole.
Wyjawiając głupotę i błagając o ukrycie prawdy przez moją mamusią, jednocześnie czekałam na radę.
- Oj, przecież to taki miły chłopiec? Wpadnie pewnie lada chwila tutaj - powiedziała z niezachwianą pewnością.
- Miły, na oko miły, jak pchła w gaciach - zaburczałam - i jaki chłopiec?! Ma swoje lata, aha zapamietałam jego datę urodzenia! Ale co z tego...
- No może dla was stary - westchnęła poprawiając odruchowo włosy - ale dla mnie młody jest! - Jak tylko przyjdzie dam znać. Może jest zajęty, może wyjechał gdzieś?

Nadzieja zdychała powolutku. Ta sama Danusia, z początku tak pewna pospiesznej wizyty w aptece, pomstowała najbardziej.
Po jakimś czasie, imitując wspólną naukę geografii, siedziałyśmy nad planem miasta.
- Żeby oni pękli, tyle ulic na jot! Chociaż ja jestem pewna, że to było Ja... ale co dalej ?!
- Weźmy wszystkie Ja - Tenia sięgnęła po notes - powoli się zwiedzi. 
- Jana Sebastiana Bacha - wiesz, bierzmy po pięć i każda osobno, to będzie szybciej.
- A Niko gdzie się podział?
Westchnęłam zrzucając kartki ze stołu. Niko był od nas znacznie starszy, pełnił chetnie funkcję naszego brata, co było poniekąd naturalne, wychowywaliśmy się w tych samych okolicach, znaliśmy od zawsze. 
- Nie wiem, ja za nim nie latam, zniknął. 
Po wykonaniu katorżniczej roboty, a mianowicie podzieleniu miasta między siebie, co trwało kilka dni, zaczęłyśmy odbywać wycieczki, już to piesze, już to dostępnymi środkami komunikacji miejskiej.
Czas nieubłanie płynął, mamusia natrętnie dopytywała się o włóczki, nadpływały nowe zamówienia na sukienki a szkoła dusiła i straszyła maturą.
Rezultaty naszych wycieczek wkrótce odsunęły wszystko w cień. 
To miasto ma mnóstwo ulic na Ja... ulica Jana Sebastiana Bacha i Jajcarska - niech skisnę także!  

wtorek, 21 kwietnia 2009

 

Zamim odwrzasnął:
- ALARM!!!
Zrozumiałam to zjawisko dobrze mi znane przecież. Ojciec wiele razy był budzony, w pościechu wybiegał z domu. Ogarnęło mnie gorąco tropikalne, na moment zamarłam, słuchając obudzonego na klatce schodowej echa: ammm, am.... aaaa.....
Tupot i rumor nie milkły.
Sama nie wiem jak to się stało, chyba zwyczajnie nie pomyślałam, że to takie ciężkie, bo pierwszy wór cisnęłam w tę prawie ciemność bezwiednie. Czym prędzej wyjrzałam myśląc poniekąd wstecznie, że przecież ktoś mógł pod tym oknem stać! Choćby Witek, ale czy on już jest?! Oczy wylazły mi szypułach i szperały po ziemi z ciemnościach. Latarnia solidnie przygłuszona szmatą nie dawała szans. Coś jednak w tych ciemnościach jakby poruszało się, zupełnie jak dzikie świnie, no dziki, pomyslałam idiotycznie, bo z góry widać było tylko jakieś obłe przemieszczające się kształty.
Świnie, nie świnie, rzucaj durna!
Z następnym worem nie poszło mi łatwo, ledwo go postawiłam na parapecie. Z lekka przytrzymując jedną dłonią, drugą macałam jak najwygodniej chwycić i zrzucić. Już, już miałam to robić, gdy poczułam coś niesamowitego!!! Ktoś??? Coś??? Złapało mnie za przeproszeniem, za tyłek, czułam że się odrywam od podłogi i za chwilę wylecę przez okno!!! Wydałam z siebie dźwięk, który mnie samą przestraszył, urwał się w początkach, bo ktoś nazywając mnie idiotką, zatkał mi gębę ręką. Osłabła z wrażenia pojęłam, że nadeszły posiłki, Danusia i moja rodzicielka porzuciły wygłupy i przyszły - no właściwie po co?! Sycząc do siebie różne inwektywy z informacjami na przemian, dowiadywałam się, że chciały mnie potrzymać, żebym nie wypadła za okno, nieco mnie pomyliły z workiem... Wspólnymi siłami z uwagami typu: nie sap tak głośno, bo się ludzie obudzą, wyrzuciłyśmy wszystko. Wytężąjąc wzrok i widząc, nie powiem co, bo usiłuję być kuturalna i dobrze wychowana, czekałyśmy we trzy już to na powrót Teni, już na jakiś znak widomy Witkowego odjazdu. Czekałyśmy tak ze dwa wieki...Na dole była cisza. Nagle coś mi się przypomniało, podeszłam do kontaktu i zarugałam swiatłem... Po chwili usłyszałyśmy pomruk silnika, a Tenia czerwona i zziajana dołączyła do nas.
- Rany! Dlaczego rzucałaś tak blisko bloku?! Było mówione, że za linię krzaków??? Dlaczego tak długo nie dałaś sygnału, że to koniec?!
Rzuciłam parę słów, mało miłych pod własnym adresem, oraz wyjaśniłam, że nie jestem osiłkiem!
Oraz całe towarzystwo rzuciło się do kanapek. Siedziałam jak ogłuszona, akcja mnie wyczerpała do cna, poza tym dręczyło mnie coś i dręczyło.
- Teniu, widziałaś mój nowy nabytek?
Wywlekłam ją do mojego pokoju i pokazując byle co - głośno a szeptem zapytałam;
- Słuchaj, ty pamiętasz Witka adres?
Zrobiła okrągłe oczy.
- Nie? Przecież nie ja czytałam jego dowód?
Oparłam się o stół.
- Chyba równie dobrze byłoby wywalić na śmietnik gdziekolwiek, bez tego wszystkiego...
- Czekaj, jak on jest uczciwy, to przyjdzie do apteki?
- Wiesz jak się nazywają dzieci matki Nadziei?! Wydaje mi się, że to była ulica na jot, jak trafimy to poznamy ten idiotyczny garaż?
Tenia milczała. Milczała długo.
- Ile czekamy? Od kiedy będziemy latać po wszystkich jotach?!
- Nie wiem, ja muszę się przespać, jutro przecież dalszy ciąg kontroli!!!
Było mi wszystko jedno. Popatrzyłam na beznadziejnie zawalony różnościami tapczan, nogą podgarnęłam włóczki, materiały i cokolwiek było na podłodze i jak stałam osunęłam się na to wszystko...


 

wtorek, 03 marca 2009

Jadłam kanapeczki i próbowałam uspokoić się za wszelką cenę. Przez głowę przelatywały mi liczne obrazy, wspomienia, budząc zdumienie, jak można w ciągu mgnienia przypomnieć sobie tak dużo.

 

Do tej pory uważam, że nigdzie na świecie nie ma tak pieknych, dzikich łąk jak te nadwiślańskie między Józefowem nad Wisłą a Annopolem! Kołyszące się trawami i wszelkimi ziołami, z czajkami płynącymi po niebie, a i orzeł się zdarza.

Wytarczyło zawiązać kłosy traw, żeby powstał wigwam, witka wierzby zamieniała się w łuk lub szablę według potrzeb. To właśnie tam pierwszy raz w życiu zastanawiałam się na tym, kim chcę zostać i bez wahania odpowiadałam: pastuchem! Bardzo długo we mnie to pragnienie tkwiło. Pastuch, pan Fornalczyk, był postacią wielbioną przeze mnie w sposób szczególny. Majestatyczny w swojej długiej pelerynie prowadził całą gromagę zwierząt; krowy, owce, konie na łąkę i pilnował cały dzień. Wieczorem to towarzystwo wracało samo do swoich domów, a ja uwielbiałam stać na środku drogi, bo zwierzaki się rozstępowały i biegły wokół mnie. Proceder uprawiałam do momentu, kiedy to zobaczył dziadek i dał mi klapsa, jedynego ale pamiętnego na całe życie. Potem złapałam cielę na lasso...

Rozejrzałam się po pobojowisku, wyciągnęłam sporą belę granatowej, grubej materii. Udarłam kawał mniej więcej kwadratowy. Teraz spojrzałam do "świętej" szuflady z narzędziami, gdzie był wzorowy porządek i masa różności, których broniłam przed wszelkimi zakusami. Wydłubałam niezwykle ciężkie, więc z pewnością ołowiane, arabskie ozdoby, przyszyłam po jednym takim ciężarku do każdego rogu granatowej szmaty. Zważyłam w dłoni, może być.

Stanęłam w szeroko otwartym oknie - niestety nie miałam pola na odpowiednio duży rozmach. Już zdążyłam sobie wyobrazić jak wieksza połowa człowieka wisi za oknem, reszta pozostaje na terytorium pokoju obciążona dokoła talii workami z piaskiem, powstrzymałam głupi chichot i przeniosłam się do drugiego pokoju i na balkon.

Liczyłam, że teraz będę mieć szczęście i przyda się dzieciństwo spędzone w charakterze Kozaka skrzyżowanego z Apaczem, na nadwiślańskich łąkach i sadach.

Latarnia świeciła, blask był zabójczy dla planu. Obliczyłam dystans, wychyliłam się ile tylko mogłam i rzuciłam! Szmata popłynęła w powietrzu lekko się obracając wokół osi. Grzechot ozdobnych ciężarków o betonowy słup i ciemność, obwieściły sukces!

Czym prędzej zniknęłam z balkonu.

Zegar nieubłaganie, acz wolno szedł naprzód. Została prawie godzina do umówionego hałaśliwego powitania, kiedy ujrzałam moją mamusię gotową do wyjścia.

- Jeszcze za wcześnie - jęknęłam.

- A jak one przyjadą wcześniej?! Postoję sobie przy ulicy, tam jasno jest.

- Ratunku, co ty będziesz tak na ulicy w nocy wystawać pod latarnią, co ludzie pomyślą - gadałam przerażona, bo jednak akcja miała wyglądać spontanicznie.

Argument, "co ludzie pomyślą" zadziałał i udała się czekać przy oknie, jak z kolei po przeciwnej stronie sprawdzałam czy wszystko zapakowane, worki zawiązane. Próbowałam jeden przesnąć i zamarłam bez ruchu...

Wory były potężne, upchane doskonale, bo to była moja specjalność, a ja miałam przecież ciskać je z okna, no z parapetu i to tak, żeby upadły nie pod samym blokiem a ciut dalej, za linią krzaków!!! Oparłam się o ścianę, czując jak robi mi się gorąco... Znowu musiałam się opanować ze wszystkich sił i włączyć szare komórki, które spanikowane tłoczyły się prawie w gardle.

Są takie sytuacje, że doznaje się gwałtownego i prawie nieludzkiego przypływu sił... Mnie w tym celu trzeba zdenerwować, porządnie tak. Już wiedziałam co mnie zdenerwuje najbardziej, bo zawsze działało, pomagając na przykład odkręcić wyjątkowo oporne słoiki...

Z rozmyślań wytrącił mnie nerwowy głos mamy, który zabrzmiał, jak podczęstochowska kolubryna:

- Już są!

I zniknęła wylatując z mieszkania.

Coś mi przeraźliwie się nie zgadzało, było jeszcze za wcześnie! Spojrzałam przez okno i zrobiło się jeszcze gorzej...

Przy krawężniku stała taksówka (skad one wzięły taksówkę?! bo wtedy ich było okropnie mało) a z niej właśnie wysiadała jakaś olbrzymia, obfita kobieta z dzieckiem chyba? Moja mamusia rzuciła się ku nim! Ku obcym osobom! Uchyliłam okno, owszem słychać było piski i jakieś pokrzykiwania. I one będą tak przez pół godziny?! Kto to jest?! Pobiegłam spojrzeć na drugą stronę bloku, pusto, ani śladu Witka, żadnego samochodu a tam akcja już rozpoczęta!

Miotałam się rozdzierana chęcią runięcia na dół i zabrania mamy z tej pomyłki, choć one sobie padały w objęcia!!!

Biegałam od jednego okna do drugiego, ogłupiała i przerażona. Od drugiej strony nic się działo, choć w ciemności jakby coś się kotłowało na tej osiedlowej uliczce. Blask od okien był za wątły, by zobaczyć co tam się dzieje.

Byłam zrozpaczona, wszystko na nic...

Według mojego zegarka za minutę miała nadejść godzina zero.

Nagle usłyszałam okropny rumor, dziwny hałas, jakby gdzieś blisko. Wyjrzałam od strony, gdzie ciągle miotała się mamusia i ta jakaś baba. Oniemiałam! Z bloku, ze wszystkich klatek wyskakiwali ludzie i biegli do ulicy tratując trawniki!

Otworzyłam drzwi na schody i zobaczyłam pędzącego z góry sąsiada.

- Co się...!? - ryknęłam mało kulturalnie.

------------------------------------------------------------------------------------

PS. Przepis na kanapeczki.

Długa bułka kanapkowa, lepiej dwie (kanapki znikają same!), masło, puszka śledzi parowanych w oleju (dla mięsolubnych) pasztet sojowy (dla wege) plus kilka kropli oliwy, oraz:

pomidorki, ogórki kiszone, konserwowe, świeże, cebulka biała drobniutko posiekana, szczypiorek, rzodkiewki, sałata i co tam jeszcze mamy w domu, plus keczup i majonez, ewentualnie przyprawy, choć nie są konieczne. Sól.

Bułkę kroimy niezbyt grubo, smarujemy masłem (nie jest to konieczne, ale dodaje smaku).

Śledzie rozgniatamy widelcem na jednolitą masę. Do pasztetu sojowego dodajemy odrobinę oliwy i także rozgniatamy na masą.

Tak otrzymanymi pastami smarujemy bułkę, dekorując przygotowanymi warzywkami, starając się je dobierać, tak, by pasowały do siebie (np gdzie biała cebulka, to nie szczypiorek itp) i kanapki różniły się kolorystycznie. Można dekoracyjnie nakapać majonezu i zamiennie keczupu.

Smacznego!

wtorek, 24 lutego 2009

Przed samym blokiem mądrze wyhamowałam, wyrównałam oddech, przepowiedziałam sobie wersję

dla mamy. Nie mogłam jej powiedzieć o udziale obcego faceta w tej akcji!!! I tak już wieszczyła bez

ustanku:
- Ty się doigrasz, zobaczysz.
Przy czym nigdy nie precyzowała, co mianowicie zobaczę, a ja nie byłam dociekliwa. Oraz nie

wypominałam jej, że to właśnie ona "się zaczęła" z tym całym szaleństwem kupowania włóczek i nie

tylko...
Witek musiał przedzieżgnąć się w znajomego Danusi, to zostało uprzednio postanowione.
Zdałam więc relację, ustaliłyśmy szczegóły i mama rzuciła się naszykować coś do jedzenia, bo

wszyscy będą głodni, a ja do pakowania. Czasu było teoretycznie dużo...
Weszłam do pokoju stanowiącego teren mojej firmy, westchnęłam, poodsuwałam tylko nieco

wywalone na żądanie komisji, rzeczy z szafek, otrzymując wąską ścieżkę i zabrałam się do

napełniania worków.
Pchałam tam głównie włóczki, ale także dużo nici do haftu, kordonki, atłaski, tak zwane nici tureckie

lśniące jedwabiem. Wszystko bowiem u mnie zaczęło się od haftu. Cofając się do najwcześniejszych

lat, przypominałam sobie mamę haftującą obrusy, moje sukieneczki. Potem zapamiętałam cudo w

domu Babki: wielki kufer przykryty czymś nieziemskiej urody. Długo potem rozszyfrowałam, że było

to zrobione szydełkiem, pozszywane z kwadratów, ale dziecku jawiło się jako coś nadprzyrodzonego.
Szyłam od tak wczesnych lat, czy raczej latek, że począków nie pamiętam oprócz "mantry": pilnuj

igiełki, co weszło mi w krew i trwa po dziś dzień. Nie zdarzyło mi sie nigdy zgubić igły.  Sezamem ze

skarbami był dom kuzynki Babuni (drugiej babci), gdzie było zawsze mnóstwo kolorowych

gałganków. Babunia nic nie umiała z zakresu robótek ręcznych, wychowała się bez matki, nie miała

cierpliwości nawet do jednego guzika. Jej kuzynka, Mania, nie dość, że dla mnie bóstwo bo piękna

była wprost zjawiskowo, to zarabiała jako krawcowa. Fakt, że dziwna była nieco, ale to cecha

rodzinna, więc mi się w oczy nie rzucało.
Wyglądało to tak. Przychodziła znajoma z prośbą o uszycie spódnicy.
- Nie masz w czym chodzić?! Gołym tyłkiem świecisz?! - rucała się Mania.
W końcu szyła i były to arydzieła sztuki krawieckiej uszyte na maszynie o napędzie ręcznym, przy

świecach, wykańczane ręcznie.  Mania elektryki nie miała. O jej życiu piszę książkę, bo uważam, że

taki hołd z mojej strony jej się należy.
Kolejne olśnienie przyszło w domu, szalenie gościnnym, pani Ireny P. Tam leżały roczniki Bluszczu,

ale przede wszystkim  było pełno ręcznie zrobionych rzeczy, co jako już nieco podrośnieta jednostka

mogłam docenić prawie w pełni.
Do nieprzytomnego zachwytu doprowadził mnie olbrzymi obrus haftowany, nieco już postrzepiony,

ale niezwykłej urody. Zakiełkowała chęć zrobienia czegoś podobnego. Wzór sobie odrysowałam,

pochodził podobno z Bluszczu, choć nigdy się nań nie natknęłam. Dziabnęła mnie ambicja!

Wyhaftuję! Wszystko, co ludzie zrobili da się przecież powtórzyć.
Nie miałam zamiaru haftować obrusa, już wtedy pomału zaczynałam szyć sobie ubrania, więc

zadecydowałam, że będzie to spódnica. Być może, gdyby spódnica nie odniosła takiego sukcesu,

moje życie potoczyłoby się inaczej? Obcy ludzie zaczepiali mnie na ulicy, z konieczności podnosiłam

swoje krawieckie kwalifikacje a sukcesy się pchały same w ręce.
Było trudno zdobyć nici, ale upartych i zdeterminowanych jednostek nie było nic niemożliwego!

Kupowało się na zapas, zawsze więcej, niż można było zużyć. Pewnego dnia trafił do moich rąk skarb

złożony z przedwojennych nici, mam część do tej pory...
W momencie pakowania owych worów, już trochę robiłam na drutach, więcej tkałam i wkładałam w to

duszę, nawet więcej, widziałam w tym swoją przyszłość. Dziać potrafiłam dziwnie: oczka prawe,

lewe, umiałam także oczka dodawać po olbrzymim wysiłku, tak by nie powstawały dziury...

Wykorzystując tak skromne możliwości robiłam sukienki o trzech fasonach, cieszące się szalonym

powodzeniam, że zaczęłam machać ręką na naukę szkolną...
Nastraszona przez rodzinę domagającą się zaprzestania nielegalnego procederu, zbuntowana i zła,

założyłam firmę, co było wyczynem godnym całej powieści!

Pakowałam się, zmachana porządnie zajrzałam do kuchni i oniemiałam! Mama zrobiła chyba tysiące

kanapeczek, porozkładanych na stojących wszędzie półmiskach i talerzykach! Odebrało mi mowę,

znając ją, przezornie o nic nie zapytałam, zabrałam sobie jeden talerzyk i wycofałam się. Coś mi nie

dawało spokoju, coś co powinnam... Wyjrzałam przez okno, już było porzadnie ciemno. Latarnia!!!

Prawie naprzeciwko okna świeciła mocno latarnia czyniąc tuż pod oknem z nocy jasny dzionek...
Roztrzęsło mnie znowu, ogromnym wysiłkiem opanowałam się myślą, że zaraz się temu zaradzi,

skosztowałam pysznie pachnących kanapeczek.
Pomysł przyszedł sam.

wtorek, 17 lutego 2009

    Gapiłam się na Tenię, a ona z kolei wpatrywała się w swoją szklankę kawy z takim zinteresowaniem, jakby to była szklana kula. Odruchowo przeniosłam wzrok na swoją i wytężyłam wzrok. Wstrętna kawa! Jakieś oka po niej pływały i coś jakby włos! Nagle na powierzchni coś się poruszyło, zamajaczyło krągłym kształtem! Już miałam zakrzyknąć, że widzę, kiedy tuż obok usłyszałam głos. Niewątpliwie męski. Nachyliłam się na kawą bo jakoś wydało mi się, że to z niej ów głos pochodzi!


- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam - tym razem głos zabrzmiał  zza moich pleców.


Tenia patrzyła na kogoś kto stał za moim krzesłem.


- Czy pozwolą panie, dosiąść się na chwilę?


Jedna z pań, czy ja obejrzała się, dojrzała faceta od stłuczonej szklanki i przyjrzała się zuwagą. Porządnie ubrany, miły po wierzchu, mógłby być naszym ojcem.
Facet, najwyraźniej dobrze wychowany czekał na nasz gest.


- A o co chodzi? - zapytałam niesympatycznie i odstraszająco, bo czas uciekał i żaden intruznie był nam potrzebny.
- Chciałem zapytać o tę kawę, panie tak głośno rozmawiały, że musiałem słyszeć - powiedział te słowa z miną zrozpaczoną.
- Już pana brzuch boli? - odezwała się wreszcie Tenia - ona - wycelowała we mnie palec - ma węgiel, może pana poratować.
On zrobił dziwną minę, otworzył usta i zamknął. Nabrał powietrza i stał milcząc, aż mnieprzeszedł zimny dreszcz. Wariat?! Łypnęłam na Tenię, ona chyba pomyślała to samo, bo macając za sobą po krześle szukała torebki.
- Czy panie pozwolą, że się przedstawię? - zabrzmiało to dość rozpaczliwie i obie zgodnie wytrzeszczyłyśmy się na niego.
- Nazywam się Witold Z. - przedstawił się pełnym imieniem i nazwiskiem, milczałyśmy.
Pochylił się na stolikiem i zniżonym głosem dodał:
- Naprawdę zostałem dobrze wychowany, ale byłem tu zmuszony słyszeć wszystko.


Od jakiegoś momentu i ja to odgadłam i byłam bliska uduszenia się! Idiotki!!! Kretynki bez nazwy!!! Konspiratorki!!!
On znowu, zaczął jakieś dziwne sztuki wyprawiać, macał się po sobie, doprawdy to było

niesmaczne! Rzucił nam słówko przepraszam i galopem wypadł na zewnątrz. Przez olbrzymie

okno było widać, jak biegnie dzikim sprintem po ulicy i znika.
- Spadamy, ale to już - nie musiałam tego nawet mówić, Tenia zerwała się na równe nogi,

złapała kurtkę i wybiegłyśmy obie, pilnując, by lecieć w przeciwnym kierunku niż facet.
Przestraszone, spłoszone wpadłyśmy ponownie do apteki.
Danusia wychyliła się, zmierzyła nas wzrokiem.
- Wyglądacie jakby ścigał was zboczeniec.
W tej samej chwili facet wkroczył do farmaceutycznego przybytku! W takich chwilach staję się nieobliczalna i szybkim krokiem wyszłam mu naprzeciw, gotowa na wszystko.


- Proszę - powiedział i wcisnął mi w rękę już uniesioną do ciosu, jakieś papiery.
Dowód osobisty i prawo jazdy.
- Nie panie poczytają, proszę bardzo.
Czytanie niczym mi nie groziło. Jednym okiem go pilnując, drugim wczytywałam w pospolity

tekst. No tak, za młody na ojca, to była jedyna myśl, która mi się zaczęła telepać w

całkowitym pustkowiu mojej głowy.
- Ale właściwie, po co mi to? - zaprostestowałam poniewczasie.
- Chcę paniom pomóc i chyba mogę.

Zapadła cisza a potem było słychać chichot zza lady.
- Zanosi się na coś? - Danusia kiwnęła na nas - właźcie na zaplecze - uśmiechnęła się szeroko.

Już po dziesięciu minutach wiedziałyśmy wszystko. Przy prawdziwej kawie pękły wszelkie

tamy i obawy. Witold, który wzbudził nasze zaufanie, wyjawił część swoich sekretów,

podzielił się marzeniami o przeżyciu przygód, do których nie dopuszczała go nadopiekuńcza

mamusia, wzbraniając mu nawet harcerstwa. Słuchająca jednym uchem, bo jednak zdarzali

się klienci w aptece, Danusia zapałała szaloną sympatią do osobnika, bowiem kochała

przygody nad życie! Chyba największym jej marzeniem było lecieć samolotem, który zostanie

porwany, uprowadzony na długo, najlepiej w dzikie ostępy. Odznaczała się przy tym

nieobliczalnością i potrafiła o drugiej w nocy jak gdyby nigdy nic dzwonić do swojej kuzynki po

przepis na szarlotkę, bo Tenia bardzo lubi... O innych wstrząsających jej wyczynach, nie mogę

wspomnieć, bowiem musiałabym poświęcić swoją skórę. Między innymi dlaczego, posiadając

pomoc domową, trzepała osobiście dywany ciemną nocą... ale już milknę!
Obecnie Witold, po powrocie z NRD, które padło ofiarą machiny historii, budował swój dom.

Dysponował przestrzenią pod dachem w ilościach nadmiernych, bowiem dom nie był jeszcze

zamieszkały. Co najważniejsze miał samochód kombi!
- Dużo tam wejdzie? - dopytywałam się z troską.
- Ile jest?
- Zna pan takie duże wory wojskowe? Mają około metra jak stoją - starałam się kreślić

możliwie dokładnie.
- Ale ile ich będzie?
- Coś muszę zostawić, bo te dwie z urzędu widziały - zadumałam się na chwilę - myślę, że

cztery będą i może jakaś drobnica luzem.
- Damy radę - beztrosko oznajmił Witold.
Dopracowaliśmy szczegóły.
Godzina zero została przesunięta na północ. Była jesień i zmrok zapadał wcześnie. Siedem

minut przed północą Damusia i moja mama miały zacząć hałaśliwą akcję powitania się

nawzajem. Byłam o to najzupełniej spokojna.
O północy ja miałam zrzucić pierwszy wór, a Tenia i Witold pakować do auta. Rzucać mam co

dwie minuty. Dziesięć minut po północy miało być po wszystkim.
Rozstaliśmy się szybko, czas uciekał, gnałam do domu jakby gonił mnie wyjątkowo rozjuszony

nosorożec. Dosłownie czułam jego oddech na plecach!

 
1 , 2
.